Nastał październik, liście się złocą i czerwienią. Poranki coraz chłodniejsze. Zapraszam do kominka, na gorącą kawę, herbatę, coś na ząb. I coś na rozgrzanie wieczorową porą. Bawmy się naszą obecnością.
Wczoraj znowu długo w pracy. I dzisiaj też krócej się nie zanosi.
Ale mąż przyjeżdża. Nasze weekendowe plany są pod znakiem zapytania, bo deszcz w prognozie. Ale w domu też piknie. A na zewnątrz zawsze można pod parasolem...
Witam czwartkowo Ekkore, Twoje październikowe plany bardzo mi się podobają - kawa, herbata, coś na ząb i na wieczorną rozgrzewkę, to doskonały kierunek Trzeba będzie jakoś sobie uprzyjemniać te krótsze i chłodniejsze dni. Znając polską jesień, to pewnie też mokre i chłodne. Dla mnie to czas na palenie świec i imbirowe herbaty z miodem i goździkami.
Wczorajszy lot odbył się bez niespodzianek. Auto oddaliśmy bez niespodzianek owych ceregieli - jednym słowem poszło gładko. O godz. 14.00 byliśmy już w domu. Okazało się, że w Dusseldorfie jest 27 stopni. Szok. Zrobiło się parno więc szybko zrobiliśmy zakupy i poszliśmy pożegnać lato nad Ren. Co tam było ludzi! W restauracjach i barach tłumy. Wszyscy radośni. Pary i rodziny spacerowały, inni okupywali centra handlowe. Usiedliśmy na ławce, z widokiem na rzekę i wróciliśmy dopiero o 21-ej. Dziś deszczowo (już od nocy) więc mamy poranny luz , bezkarne leniuchowanie Mamy jeszcze trochę czasu urlopowego , bo do domu ruszamy w sobotę. Fajnie jest poczuć takie luzy na początek października Może to zapowiedź dobrego miesiąca Takiego nam życzę
U mnie też wieczorkiem palą się świeczki o zapachu wanilii,cynamonu i jabłka,do tego kubek złocistej herbaty i jesień nikomu nie straszna. Tymbardziej złota,polska jesień
Witam w październiku ,zwłaszcza gospodynię tego miesiąca czyli Ekkore
O tak liście mienią różnymi kolorami,lasy wypełniają się grzybami. Wczoraj dostałam od brata urodziwe kanie,mówił,że jest ich mnóstwo. ja sama nie zbieram,bo nie potrafię do końca odróżnić od tych ''psich''. Na wieczór będę je smażyła,bo dziś wyjątkowo późno obiad,a właściwie obiadokolacja.
Ja też nie zbieram grzybów. Raz, że się nie znam. Dwa nigdy .nie ciągnęło. Mój tata był zapalony grzybiarz, ciągał 6 latkę ze sobą. A ja co wzgórek to krzyczałam grzybki, grzybki pokażcie się. Sama chyba nigdy nie zbierałam. Tu raz zjadłam maślaka z trawnika, gdy byłam pewna, że to on.
Piątek, piąteczek, piąteluniek Tym razem nie jestem zachwycona, że już koniec tygodnia, bo to oznacza, że jutro wyjeżdżamy. Czekają obowiązki i koniec laby. No ale nie ma co marudzić, trzeba się cieszyć, że wszystko jest ok. Po za kółkiem od walizki. Połówek je reanimował, ale czy przetrwa powrotną podróż, to się dopiero okaże Wczorajszy wieczór był pełen stresów, bo sąsiadka Polka (77 lat), która nas kiedyś poznała źle się czuła (wysokie ciśnienie) prosiła, by do Niej przyjść a o pogotowiu nie chciała nawet słyszeć . Dziś musimy odwiedzić wujka i dzień nam zleci. Może skoczymy na jakąś dobrą zupę, bo oboje mamy ochotę na Ramen,. Tyle że plany planami a czasu trochę mało. A! Wspominałyscie o grzybkach - nie zbieram, nie znam się i w sumie nie jem. Czasem pieczarki. Zbierać nigdy nie umiałam. Ja ich zwyczajnie nie widzę, bo wszystko dookoła bardziej mnie interesuje i grzyby jakoś się chowają przede mną Dobrego dnia
I już piątek. W pracy pewnie długo, to będzie standard.
Wiecie, że pomyliłam miasta, tam gdzie mamy jechać jutro. I sprawdzałam atrakcje dla zupełnie innej lokalizacji, w przeciwnym kierunku. Umysliłam sobie, bez zerknięcia na mapę, choć sprawdzałam odległość. A odległość prawie ta sama, więc nawet nie zwróciłam uwagi. Gdybym sprawdziła ile jest do restauracji potem, pewnie bym się skapnęła. Nadzieja, że deszcz nam nie będzie przeszkadzał. Muzeum pod dachem.
Wczoraj miałam dwójkę w domu, Mały był tak wykończony, że zostawili go w domu. Spał do 8.30, potem go obudziłam, bo szliśmy na gimnastykę. Zostawiam Wam kilka zdjęć z październikową sceneria. Halloweenowa sceneria się zaczyna, jest jej coraz więcej. Właściciel posesji chyba bardzo lubi dekoracje - jak wracałam do domu, to pracował na dworze nad swoją ekspozycja, rozszerzając ją. Mial ze sobą małe dziecko - w takim miękkim łóżeczku do zabawy.
Mieliśmy wczoraj lekcję pływania. Malutkiej coraz bardziej się podoba, choć ciągle ciężko się pogodzić z płcią trenera.
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny I pluszcze jednaki, miarowy niezmienny...
Taka u mnie pogoda jest, od razu mi się przypomniały te słowa... Pospaliśmy długo, do 7.30. Obudziłam się o 5, nawet czułam się wyspana, miałam jeszcze chwilę poleżeć, bo mam dość spania, hehehe.
Bardzo późne śniadanie. I decyzja, że nigdzie nie jedziemy. Posiedzimy w domu, ogarniemy na spokojnie co do ogarnięcia, nie trzeba byłoby jutro rano w pośpiechu.
Kolejny członek Halloweenowej rodziny się pojawił. Sytuacja jest rozwojowa.
Witam sobotnio Ja właśnie w pociągu do Berlina. Potem przesiadka i do domu. Trochę smutno, ale do pracy wracam w środę więc jeszcze będzie chwila na spokojny rozruch. Połówek też zostaje w domu do środy czyli mamy parę wspólnych dni. Miłego popołudnia jeszcze
Cieszę się dla Was na wspólne chwile. My mamy tylko do jutra, potem na operację. Mąż myśli przyjechać na koniec października/ 1 listopada. Ale to zależy co w pracy u niego. 2 listopada ma konsultację przed operacją - wyjaśnienie wszystkiego i przygotowanie do zabiegu, jak wszystko będzie wyglądać.
Hej hej w niedzielę. Jutro do pracy. Przestało padać, zimno się zrobiło.
Wczoraj w domu, przyjemnie, leniwie było. Dziś kościół, potem na zakupy i ostatnie wspólne jedzenie, wyprawa do naszej ulubionej knajpki, dla mnie pewnie na burgera. A potem czas pożegnania.
Wczoraj byliśmy w meksykańskiej restauracji, po ponad roku mieszkania tutaj udało nam się wreszcie dotrzeć. Tylko dlatego, że pogoda zawiodła. Pierwszy raz jadłam taquitos - małe, chudziutkie rolki, z mięsem, smażone w tluszczu (mogą być też pieczone). Ja je widziałam tylko w sklepowych zamrażarkach, nigdy w restauracyjnym menu. Muszę sobie zrobić, super opcja na mięso z rosołu. Tylko dodam ser, bo ciut suche, trzeba mieć coś do maczania - propozycją jest guacamole i śmietana. A tego dużo nie dalo. Nic to, wiem jak poprawić w domu,ca w restauracji zamówię ekstra porcję. Już wiem czemu była w menu.
Witam niedzielowo Nie ma co ukrywać - domowa kawa jest najlepsza Oboje stwierdziliśmy, że to jedyne, czego nam brakowało. Poranek był powolny, ale musiałam mimo niedzieli wstawić pranie, bo teraz, przy tym chłodzie w mieszkaniu wszystko będzie długo schło. Kolejne, dwie porcje prania czekają. Rozmrażam krupnik na obiad. Lodówka póki co pusta więc improwizujemy Dobrego dnia
Dzień zapowiada się słonecznie,jak ostatnie dni. Podobno ma to się zmienić od czwartku,tak czy inaczej cieszmy się urokami pięknej jesieni. Grzyby się się wysypują. Tata po spacerze z Maxiem (pies) uzbierał trochę maślaków i kozaków. Dał mi ,bo mówi,że sami nie będą robić ,bo od dziś zaczynają rehabilitację a z grzybami jednak trochę schodzi. Zrobię więc parę słoiczków.
I już poniedziałek. Trzeba do pracy wstawać. Dzień jak codzień.
Ja to chyba nie jestem specjalnie wybredna, jeżeli idzie o kawę. Byle była mocna. Ekspres na k-cup ze sobą wożę wszędzie, bo nie akceptuję kawy w saszetkach, jak herbata. Jest podla. I mimo, że w domu piję z ciśnieniowe, to taka z ekspresu przelewowego czy k-cup jest ok. Na rejsie wolałam kawę z ekspresu bezpłatnego, taką ogólnie dostępną przez cały dzień, niż z kawiarni płatnej, którą mieliśmy w cenie pakietu napojowego.
Na śniadania w hotelu nie chodzę, bo są okropne, nie w moim stylu, choć głodnym się nie wyjdzie. Ale nie będę ryzykować, biorę swoje jedzenie z domu. I jak je mam to trzeba zjeść. Restauracyjne śniadania są super, tyle, że ogromne. Po tygodniu wyjazdu to bym się w piłkę zamieniła. Obiady wystarczą.
Natomiast jajecznica to wyzwanie. Bardzo rzadko jem poza domem. Bo nikt nie umie zrobić mojej, idealnie ściętej. Nie za suchej, nie za płynącej. Wybieram zazwyczaj omlet - gdy jest stanowisko jajeczne. Tu nie mam aż tak wielkich wymagań.
Witam poniedziałkowo Właśnie ostrzygłam Połówka i tak patrzę, że ja też już muszę do fryzjera. Może umówię się na piątek. Dziś w planach zakupy dla rodziców a potem jedziemy do Nich w odwiedziny. Wczoraj spotkanie rodzinne upłynęło bardzo miło, ale jak wróciliśmy, to już trzeba było iść spać. Czas mam szybko umknął. Może dziś wieczorem będziemy go mieli ciut więcej dla siebie...? Dziś na obiad ryba. Mamy taką swoją, ulubioną smażalnię gdzie zawsze są świeże ryby i jak je podadzą , to nigdy nie ma zawodu. Chcemy sobie zrobić jeszcze taki, urlopowy akcent Dziś słonecznie, ale w domu jest tak chłodno, że chwilami nic, tylko wskoczyć pod koc. Ale póki co mobilizacja i w planach druga kswa. Dobrego dnia
Dzięki,że przypomniałaś mi o fryzjerze. Muszę się umówić na zrobienie fryzurki z okazji 50-tki mojego brata. Co prawda to dopiero w listopadzie,ale umówić się trzeba już teraz
Dziś już nie ma słonka, przynajmniej na razie. Za to piękna mgła. Właśnie zaparzyłam kawę,napijecie się?
Oj jak ciężko po weekendowym lenistwie. Ale nic to, trzeba dać radę i tyle.
Zimno się zrobiło, rano 7 stopni. Na koniec tygodnia trochę cieplej, a potem znowu w dół.
Dzisiaj zaczęły się prime day, a przy okazji sams club i Walmart mają swoje. Kompletnie nic nie ma. Jakaś chińszczyzna, nic z rzeczy, które ewentualnie chciałabym kupić. Nawet kawę kupowałam taniej wcześniej. A zazwyczaj na prime day była okazja uzupełnić zapasy. Mąż pewnie coś tam nakupuje - filmy i książki.
Ja do fryzjera przymierzam się na koniec listopada, mam nadzieję, że moja fryzura wytrwa do tego czasu. Teraz mi się fajne włosy zrobiły.
Mnie też stracha napędzilo. Wchodzisz, a tu biało. Dobrze, że krótko trwało.
Mówiłam, że mąż coś znajdzie do kupienia. Nabył 2 komplety książek Sapkowskiego, po angielsku. Będzie co czytać i porównywać jak im poszło tłumaczenie.
Kolejny zimny poranek, ale w dzień ciepło, do 25 stopni. Może być więcej, może być mniej. Zobaczymy.
Witam środowo Niestety poprzedni wpis zniknął i już nie mam tyle czasu żeby się rozpisywać Skrótowo - jestem pierwszy dzień w pracy. Atmosfera lipna, bo nerwowa. Na szczęście mnie ona nie dotyczy więc otoczyłam się papierami na biurku i robię swoje. Ale...trochę to ma wpływ na człowieka więc byle do 15-ej. Mam nadzieję, że nabrałam na urlopie tyle dobrej energii, że na jakiś czas wystarczy mi tego zasobu żeby nie ulegać tym otaczającym mnie emocjom. Połówek jeszcze jest w domu, ale wyjeżdża dziś wieczorem. Tradycyjnie mam swojego "pocieszacza" w postaci pudełka lodów Dobrego dnia
Tak myślałam czy ja mam jakiegoś pocieszacza. Chyba nie, nie z jedzenia. Jeżeli cokolwiek miałoby nim zostać to chyba byłby alkohol, niebezpieczny związek. Tyle, że ja nie lubię pić dla samego picia, to musi być kompozycja smaku, dopełnienie do jedzenia. Jeżeli jest dysonans to ani jedzenie, ani alkohol nie smakują mi tak jak powinny.
Witam czwartkowo Poranek jeszcze bez deszczu, ale parasolka w torbie, bo zapowiedzi nie są optymistyczne. Po pracy planuję małe zakupy warzywne z myślą o weekendzie, bo jutro idę do fryzjera więc lepiej jak ogarnę sobie to dzisiaj. Kolejne pranie czeka - coś nie mogę tego skończyć przez te pourlopowe stosy. Od wczoraj wystartowało ogrzewanie w mieszkaniu więc już powinno wszystko szybko wysychać. Cieszę się, bo faktycznie chłodno było w domu. Połówek już pracuje czyli wyjechał więc w domu pustka i cisza. Papiery czekają więc zmykam. Dobrego dnia
I już czwartek, czekam weekendu. Żeby się zmęczyć domowo, hehehe.
Wczoraj dotarły nowe rośliny miesozerne, nowa rodzina Adeli. W naprawdę dobrym stanie, widać, że hodowla dba o wszystko. Dostały wodę i światło, niech się klimatyzuja.
Mała ma bunt skrzypcowy. Nie chce ćwiczyć, nie chce chodzić na zajęcia. Bo przyszło trudne, różnica w graniu słyszalna, choć ciągle brak piszczących dźwięków. Ona jest zdolna wielokierunkowo, wszystko przychodzi łatwo. Więc jak nie jest jak być powinno, to najchętniej by odpuściła. Miejmy nadzieję, że mama się nie ugnie.
Piątek, piąteczek, piąteluniek No i mamy koniec roboczego tygodnia. Jeszcze tylko parę godzin przy biurku, potem do fryzjera i szybko wracam do domu. Poranek był tak zimny, że aż pożałowałam, że nie założyłam cieplejszej kurtki. To odczucie zimna, to pewnie po wczorajszym deszczu. Byłam po zakupy więc dziś już nie muszę. Kupiłam w zasadzie prawie same warzywa. Była brukselka więc w dziś zrobię ją na obiad z masłem i bułką tartą. Kiedyś jej nie lubiłam, ale od kiedy gotuję tak, żeby była na wpół miękka już jest super Przywiozłam z Niemiec owczą fetę i trochę walczę sama ze sobą żeby może jednak zjeść na obiad grecką sałatkę...? Mam też pyszną słodką cebulę tzw. cukrową. Pasuje idealnie do takiej sałatki. Kupujecie ją? W Polsce jest dostępna chyba tylko w tym letnim i wczesnojesiennym okresie. Dużo droższa, bo za kilogram trzeba zapłacić ok 12 zł. Przyszłam wczoraj do domu i poczułam takie miłe ciepło. Pomyślałam sobie, że jestem prawdziwą szczęściarą. W domu jest nie tylko ciepło, ale i bezpiecznie i przytulnie a przecież są ludzie, którzy nie mogą tego doświadczać (z różnych powodów). Ot, taka chwila refleksji... Zaczęłam oglądać serial "Replay" z platformy Netflix. Rzadko ostatnio się spotyka tak piękne poprowadzenie kamery. Prawie każdy kadr, to doskonałe zdjęcie. Nawet chwilami robiłam sobie pauzę żeby mieć czas przyjrzeć się tym obrazom. Film jest w konwencji czarno-białej, z doskonałą muzyką, osadzony we włoskim krajobrazie. Trochę rozwleczony wątek, ale dzięki kunsztowi artystycznemu chce się patrzeć i chłonąć. Polecam. Czas na gorącą herbatę z pigwą i goździkami. Dobrego dnia
Witam piątkowo ...i deszczowo..całą noc padało i teraz też..plucha,zawierucha i kałuże.
Mimo pogody wybieram się na cmentarz. Moja babcia jakby żyła kończyła by dokładnie 100 lat. Ona i jej siostra bliźniaczka. Były jak dwie krople wody,nawet głos miały podobny. W szkole się zamieniały. Babcia była dobra z ''rachunków'',ciotka z polskiego. Uzupełniały się,pomagały we wszystkim.W styczniu 1945 roku one i rodzeństwo zostali sierotami. Mama umarła jak babcia miała 2 latka a tato zginął od kuli we własnym domu. Na historii uczyliśmy się o tym.. Straszne czasy to były,ogromna trauma. Nigdy więcej wojny ,choć i dziś jak wiemy czasy niepewne ,ale nadzieja zawsze pozostaje..
I już piątek, cieszę się bardzo. Jutro pośpię dłużej. W planach pranie, sprzątanie, zakupy, pieczenie/gotowanie. Czas zleci nie wiadomo kiedy. Oczywiście weekend deszczowy.
Cebula cukrowa to u mnie ta standardowa. Coś jak cukier trzcinowy. Bardzo ją lubię, głównie kupuję.
Huragan na Zatoce. Isaiah. Pierwszy w tym roku od atlantyckiej strony (do tej pory były tylko sztormy, daleko na oceanie) Może nie być za fajnie dla Florydy/Alabamy. Ma iść potem daleko lądem. Oby sytuacja z Helen się nie powtórzyła w Appalachach.
Z moim okiem nie jest dobrze. Pierwsze charakterystyczne symptomy dostałam niecały tydzień po wizycie u lekarza. Gdy termin operacji miał być jakąś odległa przyszłością. Z dnia na dzień jest gorzej, linie poziome- z ugiętej pod ciężarem półki, zrobiły się delikatnym szlaczkiem falistym, linie pionowe z prostych (zajęło im dłużej) najpierw zrobiły się jak pogrubione na boki odbicie w krzywym zwierciadle (jak beczka), a teraz są jak ciało wygięte przy skłonie w bok, jedna strona wklesla, druga wypukła.
Dzisiaj zadzwoniłam, mam wizytę w środę. I numer telefonu bezpośrednio na okulistyczny dyżur, gdybym zaczęła podejrzewać odklejanie się siatkówki po godzinach pracy przychodni. Zobaczymy co się dowiem. Byle móc przetrwać do grudnia...
O kurczę Szczerze Ci współczuję. To ogromny niepokój, bo przecież oczy są takie ważne... Może się szczęśliwie okaże, że to chwilowe, że uda się poczekać do grudnia czyli tak, jak zaplanowałaś pierwotne. Mimo wszystko dobrze, że jest opcja "B" i w razie potrzeby wiesz co robić. Ech....
To już nie zniknie inaczej jak operacyjnie. Może spowolnić czy na trochę się zatrzymać, ale osiągnięty stan zostaje. Mnie nowe okulary, nowe szkła starczyły na miesiąc.
Wszystko jest kwestią ucisku na siatkówkę, a dokładnie plamkę żółtą i szkód przez to zrobionych.
Optyka była najgorszym działem fizyki, którego nigdy nie rozumiałam. Teraz muszę przerabiać na żywo, w praktyce.
Witam sobotnio Posłałam dłużej czyli aż do 7-ej . Potem herbata i kawa z Połówkowym, ale już przez telefon. Nie mam dużych planów. Trochę telefonów, jak to po urlopie i powrocie do domu. Pewnie kolejne pranie, bo wczorajsze dosycha. Za oknem pogoda w kratkę czyli typowo jesienna. Patrzę z przyjemnością na trawnik, bo cieszę się, że Połówek go skosił i to już koniec w tym sezonie. Muszę pójść ogarnąć czyli oczyścić kosiarkę, bo pewnie jak zwykle oklejona trawą i ziemią. Połówek uważa, że nie ma potrzeby czyścić, ale ja wiem swoje Fajnie, że jeszcze cały weekend przed nami Dobrego dnia
Weekend. Deszczowy. Huragan płacze z żalu, że się rozpuścił. Deszczowe pozostałości są równie niebezpieczne, bo to ogrom powodzi. Oby Helen się nie powtórzyła, tym razem na moim terenie. Helen to już dwa lata, ciągle wiele szkód nie jest naprawionych, Blue Ridge Parkway zamknięta, na najpiękniejszym odcinku.
Dzisiaj domowe obowiązki plus zakupy. Na obiad Mississippi roast, będzie na dwa dni, a reszta mięsa na zimno.
Śniadania jeszcze nie wymyśliłam.
Za tydzień córka przyjeżdża. Z psem. Pogadamy, pospacerujemy. Może pojedziemy się moczyć do ciepłych źródeł.
Do ciepłych źródeł? Wspanialy pomysł,na pewno wypoczęłybyście idealnie,bo to sam relaks. Zwłaszcza,że ostatni czas nie jest dla Ciebie łatwy. Wierzę,że wszystko się dobrze ułoży i operacja pomoże. Będzie dobrze,musi być.
Co ma być to będzie. Operacja jest koniecznością. Mimo jej wykonania, mogę widzieć gorzej. Wszystko zależy od stopnia uszkodzenia siatkówki. Ale to alternatywa do niewidzenia w ogóle.
Byle dało się do grudnia doczekać. A teraz do środy, żeby konkretnie wiedzieć na czym stoję.
Wczoraj zrobiłam sobie ciasto marchewkowe, wieczorem, tak kusiło sztucznym zdjęciem. Znaczy w przepisie była rolada, ja zrobiłam na spodzie. Nijak nie wyglądało jak to ze zdjęcia, kolor ciasta się nie zgadzał nawet. Ale tym razem wiedziałam plus minus jaki będzie efekt. Spód z mąki migdałowej i kokosowej z potarta marchewką. Masa z sera philadelphia, masła i śmietany kremówki, z wiórkami kokosowymi. Posypane drobnymi orzechami pecan. Dzisiaj będzie na śniadanie.
Od jutra trzy dni z kompletem w domu. I z planami. Jutro wyprawa w góry- zadanie ze szkoły, które sama wybrałam z listy. Znając życie rodzice mieliby problem z realizacją, to niech i ja mam trochę przyjemności. We wtorek zaległe lody urodzinowe, wyprawa do gwiazdy (Roanoke Star) oraz może zoo, jak rodzice zapłacą. W środę moja wizyta u okulisty. A dzieciaki idą do mojej koleżanki, tą którą znam z zajęć gimnastycznych. Zgodziła się. Rodzice też, choć nigdy jej nie widzieli. Tylko zabawki od niej i opowieści Małego (i moje). Mieszka trzy minuty od okulisty.. Czas przeleci ot tak...
Mój wczorajszy obiad - Mississippi roast, z puree z kalafiora oraz sosem paprykowym. Miałam jeszcze mieć pieczarki, ale tak zdechłe, że odpuściłam. Dzisiaj będzie powtórka.
Ciasto wyglada bardzo smakowicie. Biorę do kawy,z pewnością mi nie zaszkodzi,zwłaszcza,że w przepisie są składniki które nie powinny podnieść cukru. Spróbuję zrobić na swoje urodziny,które już wkrótce.
Ciasto jest naprawdę dobre. Bardzo delikatne. Dodanie śmietany kremówki było strzałem w 10, dodało lekkości masie serowo-maslanej, która po wyjęciu z lodówki jest ciężka.
Już dawno nie jadłam z takim smakiem, z myślą o więcej. Bo ja generalnie to najbardziej lubię realizować i modyfikować. Jak już gotowe, to jedna porcja mi wystarcza, resztę zazwyczaj męczę, bo trzeba zjeść. Bez tej radości z jedzenia.
Nawet jak dla Ciebie powinno być bez cukru, na urodziny zrób z nim. Bo zaczynanie od rewolucji tak wielkiej uroczystości to nie jest dobry pomysł. Bo jaki by nie był każdy słodzik czy nawet cukier brzozowy mają inny smak, który trzeba zaakceptować, inaczej to mordęga i zero przyjemności. Do czasu erytrytolu żaden słodzik mi nie pasował, kupowałam i zawsze wyrzucałam już mocno przeterminowany. Ten okazał się strzałem w 10. Ale dla gości czy nawet dla córki, jak przyjedzie robię wersję tradycyjną.
Witam poniedziałkowo W minionym tygodniu startowałam z praca od środy, teraz już czas wciągnąć się w pracę "po całości". Tak więc zaczynamy tydzień. Dodam - zimny tydzień. Zapomniałam, że mam fajny bezrękawnik, który w minionym roku nosiłam na kurtkę. Przypomniałam sobie o nim teraz . Czas jutro założyć, bo te siedem stopni i wilgoć w powietrzu robią swoje. Weekend przeleciał. Zrobiłam sobie maraton filmowy. Potrzebowałam posiedzieć w domu. Po tym hiszpańskim słońcu, mam wrażenie, że jeszcze bardziej odczuwam jesienne ochłodzenie. Nie chciało mi się gotować. No normalnie lenistwo mnie ogarnęło po całości. Miałam mrożoną lasagne warzywna więc ta mi załatwiła temat obiadu. Zafarbowałam włosy, po po strzyżeniu, to już nie było zmiłuj. Z myślą o kolejnym terminie strzyżenia (ja muszę raz na miesiąc) patrzyłam w kalendarz i trochę mnie zatkało. Uświadomiłam sobie, że jeszcze raz i ten po nim, to już przed świętami O ludzie! Kiedy to zleciało! Przecież zaraz trzeba będzie pomyśleć o cieście na piernik. Zazwyczaj robię je 11 listopada. A Wy robicie w tym roku? Czas na gorącą herbatę i zabieram się za pracę. Dobrego dnia
Myślę nad planami w pracy. Co i kiedy mamy robić. Chyba wszystko skomasuje na jutro, bo dzisiaj, choć szkoła wolna, to stałe zajęcia zostają. Rano muzyka, po południu gimnastyka i chór Małej. Lepiej niech Malutka utnie regularną drzemkę niż ma być za dużo. W górach wszystko może być mokre, zresztą wszędzie, nawet przysiąść na ławce się nie da.
Ostatnie trzy dni lata, bo znowu wraca, a potem spadek temperatury do przymrozku, ma być 1 stopień rano na weekend. A to może oznaczać koniec jesieni, gdy kolory się nawet jeszcze nie zmieniły do końca.
Wszystko to kwestia przyzwyczajenia. Działasz metodycznie, w szybki sposób ogarniasz co trzeba. Gorzej, gdy sytuacje mają miejsce tam gdzie nigdy do tej pory. Nikt się nie spodziewa - tak jak tornada w Polsce czy teraz jak huragany zamiast iść po Atlantyku, idą poprzez Appalachy plus minus.
Witam wtorkowo Patrzę i nie wierzę - o poranku pojawiło się "0" stopni na termometrze. Tego jeszcze nie było Teraz 1 stopień. Bezrękawnik już wyciągnięty i szło się komfortowo. Wczoraj na obiad zrobiłam sobie fasolkę szparagowa z masłem. W efekcie obudziłam się głodna i jak weszłam do pracy, to od razu wyciągnęłam śniadanie Dziś pieczywo żytnie z tatarem. Zaparzyłam gorącą herbatę z pigwą. Częstujcie się Dobrego dnia
U mnie to zero będzie na weekend. Trzeba będzie się ubrać ciepło. Na pewno będzie szczypało zimnem, po ponad 30 jutro (i do piątku 25). Muszę wymyślić jak wstawić samochód do garażu. Potrenować trochę. Jak "specjalista" zrobił odwodnienie klimatyzacji, żeby "pocenie" szło do rurki, a nie na podłogę, odwalił taką fuchę, że mąż poprawiał co mogł, bo woda i tak się lała na garaż, tylko nie do odpływu, a stała kałuża na pół garażu. Gościu wyprowadził te rurki daleko od ściany na garaż (a mógł za ścianką poprowadzić, było miejsce). Ta część jest krótsza, bo klimatyzator. No i teraz się boję wjeżdżać, bo żeby zamknąć drzwi, to muszę podjechać pod samą ścianę. A co jak połamię te rurki?0 Niby garaż na dwa samochody, gdyby się dało wjechać samochodem to mógłby być na trzy, tak duże jest pomieszczenie magazynowe, ale jak stanę na drugim miejscu, to nie wejdę do domu, bo klimatyzator oraz ta nieszczęsna ścianka.
Witam środowo Wczoraj był trudny dzień w pracy, pełen emocji - zwalnialiśmy dyscyplinarnie pracownika. Wiele sytuacji na to się złożyło, ale ja mam poczucie, że nie do końca wina była po jednej stronie... Przykro. Myślę, że można było tego uniknąć, ale ja nie miałam na to wpływu, nie moje zadanie. Jak wyszłam z biura czułam się jakaś "wypluta" a musiałam się zmobilizować, bo jechałam do rodziców. Wróciłam wieczorem zmęczona, pewnie najbardziej psychicznie. No i rano był tego efekt - obudziłam się z bólem zatokowym. Na szczęście Ibuprom szybko zadziałam. Teraz czas na herbatę i śniadanie. Dziś ładna pogoda - chłodno, ale świeci słońce. Będzie lepsza energia Powinnam zrobić jakieś zakupy. Muszę przemyśleć czego mi brakuje. A jak dziś pogoda u Was? Dobrego dnia
U nas 7 stopni póki co i zapowiada się na deszcz. Lada chwila lunie. Myślałam by jechać dziś na cmentarz posprzątać i pomyć pomniki,ale w takiej sytuacji muszę to odroczyć do lepszej pogody. Zastanawiam się też nad zmianą opon.Gdzie nie słyszę to wymieniają. Mnie co prawda wydaje się to jeszcze za wcześnie,ale może nie mam racji? Podobno zima ma przyjść wcześniej. Zobaczymy.
Nie dziwię się,że tak się czujesz Smakosiu. Jak kogoś zwalniają i to dyscyplinarnie nie jest to miłe doświadczenie,nawet jak to nie dotyczy osobiście. Człowiek jednak się zżywa z koleżankami z pracy,no chyba ,że trafi na kogoś bardzo niemiłego,ale mimo wszystko to zawsze niefajna sytuacja
A skoro mowa o śniadaniu,to całkiem niedawno zjadłam dwie kromeczki razowca z plastrami łososia,rzodkiewką i pomidorkami koktajlowymi. Miałam jeszcze ugotować jajko ,ale zapomniałam. Tak czy inaczej wystarczająco. Teraz popijam kawkę,to jakby ktoś coś to zapraszam do stolika
Dzisiaj okulista. Jestem za spokojna z nerwów. Nic to, co ma być to będzie.
Ale dzień wczoraj, sama frajda. Wyjazd w góry- dzieciaki były zachwycone, ja nie mniej. Czułam się jak pilot wycieczki, hehehe. Byliśmy w moim ulubionym miejscu. Zadanie domowe wykonane. Projekt Roanoke done. Tylko teraz papierologie wypełnić. Najbardziej podziwiałam Malutką. Małe nóżki tyle się nachodziły. Przeszliśmy dwa szlaki, każdy po 20 minut (z opisu). Nam zajęło 30 z przystankami, zdjęciami, co i tak jest wyczynem dla takiego malucha. Starsi to jak kozice. Bez Malutkiej poszlibyśmy po kamieniach wzdłuż rzeki, trochę wspinania, trochę równowagi, ale z nią nie odważyłam się. Największą frajdę były zawalone drzewo w poprzek szlaku, trzeba było się wspinać. Natomiast kwintesencja parkway - punkty widokowe kompletnie nie znalazły zrozumienia. Bo co my będziemy tutaj robić... Przekąska na krawężniku pozwoliła odnaleźć spokój. Na koniec były lody, potrójne urodzinowe wyjście. Naprawdę dobre, jadłam ser kozi z borowka i jakieś z karmelem. Malutka zjadła całego, praktycznie z waflem, zostawiła kawałek. Mały chce w waflu, ale nie lubi smaku, potem wyrzuca. Co zrobisz, jak inaczej się nie da, bo inni mają. Ostatnie zdjęcie to widok na Roanoke Star, z lodziarni. Tam już się nie udało być. Wyjechaliśmy przed 9, wróciliśmy po 14.
Po południu, po tańcach Małej jeszcze, ja padałam od nadmiaru tlenu, oni ganiali jeszcze na hulajnogach przez pół godziny. Malutka też. Poproszę o takie baterie, bo moje to już jak w telefonie, który zaczyna się przygotowywać do wymiany, hehehe
Znać dam na pewno, żeby ciśnienie strachu mi zeszło. Dla mnie to najlepsza metoda - wygadać. Wtedy jakbym widziała problem z zewnątrz, jakby nie mój, gdy łatwiej jest oceniać cudze, pomaga mi oswoić, znaleźć wyjście i zebrać siły.
Najśmieszniejsze, że do rodziny się nie da. Wtedy czuję strach za dwoje, bo ich problem również dotyczy. O moich oczach wiedzą córka i mąż, bo muszę zdezorganizowac ich życie potrzebą opieki. Ale chyba wiedzą mniej, minimum. W pracy podobnie, choć kazałam im się przygotować na dłużej- ale mam wrażenie, że nie dociera do nich skala problemu. A to lekarze, którzy gdzieś musieli się zetknąć z chorobą w trakcie studiów, przed wyborem specjalizacji. To powinno zapalić im lampki kontrolne, samo hasło.
Rozumiem, wiem o czym "mówisz". Czasami najbliższym dawkujemy pewne informacje żeby nie dodawać stresów czy trosk. Tutaj...jak w studnię, czasem samo napisanie przemyśleń pomaga i jakby lżej...?
Witam czwartkowo Dzień zleciał wczoraj bardzo szybko. Zakupów nie robiłam. Nie mam koncepcji. Nadal zero natchnienia do gotowania. Kupiłam kolejną porcję fasolki szparagowej i zjadłam z masłem i bułką. Potem wielka porcja lodów Ło matko! Chyba uśpiłam swój zdrowy rozsądek. Ale jest szansa na poprawę - chociaż maleńką, bo zaczynam myśleć o ugotowaniu zupy. Jeszcze nie mam produktów (czytaj mięsa z indyka), ale chyba będzie to krupnik. Dawno nie jadłam kaszy. Tyle że zabiorę się za to dopiero w weekend. Póki co stawiam na zieleninę. Dziś będzie rukola, buraki, prażone migdały i feta. Co przyniesie dzień? Początek był miły - kierowca autobusu otworzył mi drzwi widząc, że dobiegłam. Podziękowałam wychodząc a On tak serdecznie życzył mi wszystkiego dobrego, że aż mam ochotę się uśmiechać Jak to czasami niewiele trzeba. Herbata z pigwą gotowa. Ekkore, czekamy na wieści... Dobrego dnia
I już czwartek, jutro koniec pracowego tygodnia. U lekarza niby bez zmian, ale skoro są fale, operacja konieczna. Termin 14 grudnia. Prosiłam o to, nie było przeciwskazań. Ale z ciekawości zapytałam o wcześniejszy termin. I tak nie było, to był jedyny dostępny w grudniu. W znieczuleniu miejscowym. Nigdy nie miałam do poważnego zabiegu. Trochę się bojam. Teraz tylko doczekać tego. Chyba całą adrenalinę zużyłam za pierwszym razem. Teraz nie byłam kompletnie zmęczona po. I paradoksalnie po kroplach rozszerzajacych źrenice widziałam lepiej, mózg nie musiał decydować. Tyle, że światło bardzo bolało. Dostaje się nakładki pod okulary, ale są tak ciemne, że mimo ulgi nie odważyłam się jechać samochodem.
Jaki numer. W niedzielę w kościele spotkałam doktora. Znaczy nasze oczy się spotkały, rozpoznalismy siebie, bez pewności, że się znamy. I wczoraj on zagadał o niedzieli. I wyszło, że chodzimy na stałe do drugiego kościoła a tu byliśmy jednorazowo, on akurat na chrzciny.
Takie spotkanie, to się nazywa "opatrzność" Za dwa miesiące odhaczysz kolejny, ważny, a raczej bardzo ważny temat i pewnie jak zwykle wszystko pójdzie "śpiewająco". Znieczulenie miejscowe mniej obciąża organizm więc z pewnością tak jest lepiej. Zakładam, że przed zabiegiem dostaniesz "głupiego Jasia" i stres będzie trochę mniejszy.
Przed znieczuleniem zostanę uśpiona na kilka sekund, wtedy mi dadzą znieczulenie miejscowe w oko. Mam być zmęczona po tym, jak worek kartofli, bez siły do ruszenia się.
A tych "straszaków" i tej tradycji Halloween, to ja jakoś nie mogę "oswoić". Lampiony, dynie i ozdobne wieńce z jesiennych liści czy gałązek OK, ale reszta do mnie nie trafia.
Podobnie jak ja. Halloween to nie moja bajka.Najpewniej dlatego,że nie wywodzi się z naszej tradycji,choć dawno temu obchodzili tzw Dziady. Wyglądało to z goła inaczej,ale to już inny temat. W każdym razie zdarzyło mi się raz ''helołinowo'' upiec ''Paluchy wiedźmy'' z naszej stronki ,ale to bardziej pod wygląd i smak. Gości zadziwiłam i co ciekawe każdy chciał spróbować. Oczywiście smakowały
Piątek, piąteczek, piąteluniek Poranek pogodny. Super! Idealny początek dnia. Dziś w planach małe zakupy na ryneczku koło domu. Nie lubię zdrobnień, ale trudno to miejsce nazwać rynkiem. Wczoraj posprzątałam w mieszkaniu więc dziś mam wolne popołudnie. Dobrego dnia
Ja też nie lubię zdrobnień, o ile nie określają konkretnego rozmiaru, coś małego. Mój mąż lubi. Mówi piżamka, a ja mu na to, że w to się nie zmieści, jeżeli już powinien użyć piżamucha.
Teraz jest mania na zdrobnienia, wylewają się ze wszystkiego.
Choć weekend będzie intensywny. Wszystkiego po trochę. Pojedziemy w góry, oglądać kolory jesieni, pies się wybiega. Zakupy, rosół w domu, wyjście żeby coś zjeść. I weekend minie. Pranie i sprzątanie poczeka do przyszłego tygodnia.
Witam sobotnio Za oknem szaro i wilgotno. Nie wychodzę nigdzie, bo mi się nie chce. Będzie relaks. Pranie zrobione więc nie mam nic więcej i można poczuć luz Na obiad będzie dziki łosoś. Kupiłam w Lidlu tuszę i pomyślałam, że upiekę w piekarniku. A póki co zaparzyłam kwiat rumianku z dodatkiem pigwy, miodu, goździków i imbiru. Częstujcie się. Dobrego dnia
Wiecie, że już jesteśmy w drugiej połowie miesiąca, od wczoraj. Jak szybko to przeleciało.
W pracy bostonka. Tak mówi google. Choroba ust, stóp, dłoni. Nie wiem czy widziałam coś takiego w czasach moich dzieci. Dzieciaki, na razie dwoje wyglądają jak pogryzione przez mrówki czy inne latające owady. Oboje mają na dłoniach i ustach/brodzie Malutka bardzo delikatnie, Mały ledwie zginał kciuk, miał tak twardy i opuchnięty. Poza tym nic więcej. To jest bardzo zaraźliwe podobno. I pewnie niezauwazane, brane za pogryzienie. Dzieciaki mówiły, że nie swędzi. Jak mnie dopadnie to będę wiedziała, że nic mnie nie pogryzło.
Cichy poranek, córka i pies śpią, ja racze się kawą. Do tego pewnie deszczowy, przynajmniej według pogody, ale nie słychać i nie widać, bo ciemno. Do 9 ma się wszystko skończyć
Nim ruszymy nastawię rosół, będzie się pyrkal w samotności w wolnowarze, tylko makaron ugotować potem. Resztę córka zabierze w słoikach. Nawet kupiłam nowy wolnowar. Ja mam, ale relatywnie mały, jak ostatnio chciała rosół, jak wyjelysmy wszystko, to ledwie 2 słoiki jej zostały. Po konsumpcji na bieżąco oczywiście.
Od poniedziałku będę miała dwóch facetów na stanie, pracownicy gospodarczy moich pracodawców. Ja ich znam. U mnie też mają coś tam naprawiać, mam listę zrobioną, co by mogło wymagać atencji. U mnue dwa pokoje są, druga pełna łazienka jest, damy radę.
Czas tak leci,że nie zdążyłam wczoraj wejść do kawiarenki. Ostatnie prace-koszenie trawy,sprzątanie wokół domu,w piwnicy.Jest tego.W tym tygodniu nie ma mocnych,muszę jechać posprzątać na cmentarzu,bo ma być ładna pogoda.Najpierw jednak pojadę z koleżanką ,która nie ma się czym dostać na grób męża i rodziców.Tzn jest autobus,ale na samo miejsce jest jeszcze ponad km,a iść z wiaderkiem,akcesoriami ,kwiatami i zniczami to nie bardzo.
Właśnie jestem w trakcie gotowania obiadu.Rosół już prawie gotowy,a na drugie zrazy,czerwona kapusta i albo ziemniaczki,albo kopytka albo kluski śląskie.To jeszcze do przedyskutowania. Tymczasem dopijam kawę i wracam do kuchni. Pozdrawiam
I przyszło zimno. Chociaż nie czuję, bo w domu ciepło. Cały kolejny tydzień z porankami 5 stopni i weekend zapowiada się jeszcze zimniejszy. W dzień 20 i coś tam. Znowu z szafą ubrań trzeba będzie chodzić. Cebula wraca do łask.
Byłyśmy z córką w górach, jak pięknie, choć mało jesiennie jeszcze. Ona to nie mój mąż, szybko miała dosyć. Po co wysiadać z samochodu, skoro te same góry. Myślałam, że pojedziemy dalej, ale miała dosyć. Za dwa tygodnie przyjeżdża mąż, to sobie pojedziemy jeszcze raz. Trasę do końca, znaczy do początku, do pierwszego kilometra, do łączenia się z Shenandoah. A potem obiad w niemieckiej restauracji (do której nie pojechaliśmy przez deszcz). Wszystko i tak zależne od pogody.
Ugotowałam rosół, znaczy sam się gotował jak nas nie było, jaki dobry. Z przypraw tylko sól. Nie miałam pieprzu w ziarnkach, a mielonego nie chciałam dawać, bo zaraz by krzyczała, że coś jej pływa. Znaczy miałam, po fakcie otworzylysmy młynek, zasypując pół kuchni ziarnami. Jeszcze dzisiaj znalazłam, a było kilka razy odkurzane, zamiatane. Nowy garnek, slow cooker się sprawdził, córka zabierze chyba z 6 słoików. Jeden sobie, z marchewką zostawiłam.
Kilka zdjęć dla Was. I jeszcze parę hotelowych widoków z Florydy, z mężowskiego posiedzenia komisji energetycznej. A mogłam z nim być. Choć nie mogłam, bo nie mam wolnego, a nie będę prosić o ekstra, muszę czekać aż sami mi dadzą. Za to za rok, jak oczy pozwolą, Oklahoma City. Kalifornie sobie daruję.
Wiecie, że zdjęcie z pierwszego postu jest dokładnie z tego samego odcinka Blue Ridge Parkway, z listopada zeszłego roku.
Ale luksusowy hotel! Mimo wszystko wygrywają widoki natury. Ech, ta przestrzeń! Pięknie! Kolory jesieni, moim zdaniem już są wyraźne. W takie miejsca chce się wracać. Z pewnością, jak pójdziesz z mężem będzie jeszcze bardziej kolorowo. Ta pora roku jest taka zmienna. Dzięki za fotki
Będzie bardziej kolorowo albo już zimowo buro. Dwa dni temperatur blisko zera może zwarzyc kolory. I przyszły weekend znowu spadek . Ale i tak będzie pięknie i dużo więcej widoków, których liście nie zasłaniają. Jak będzie, tak będzie, góry zawsze piękne, nawet jak widziane enty raz.
Ale widoki ,aż dech zapiera. Wspaniałe. A czemu sobie podarujesz Kalifornię?
U nas też zimno. Dziś pada i jest 7 stopni. Wczoraj natomiast pogoda była bardzo ładna. Słonecznie,spokojnie,taka ciepła jesień. Miałam jechac na cmentarz i znów zonk No cóż jeszcze trochę czasu jest,choć ja bardzo nie lubię robić nic na ostatnią chwilę.
Bo ja mam 2 tygodnie urlopu tylko. Płatnego i dostępnego w moim terminie. W ciągu roku mam więcej- płatny, gdy oni jadą na wakacje - ale to w ich terminie na ostatnią minutę oraz bezpłatny, gdy mi dadzą lub poproszę. Bo sytuacja tego wymaga. Jako, że głównie plażowanie średnio mnie interesuje, to wolę Oklahome. Drugi tydzień na nasz wspólny, wakacyjny wyjazd. Na razie bez planu, bo może chrześnica przyleci, a to jej prezent na 18 tke ode mnie będzie.
I już poniedziałek, zobaczymy co tam słychać. Intensywny dzień- zajęcia muzyczne, gimnastyka, chór- każdy coś ma a to ponadv3 godziny z dnia dla mnie plus dojazdy, po 15 minut w jedną stronę. Dzień przeleci jak z bicza strzelił.
Córka pojechała. Niedziela była leniwym dniem, bo muzeum otwierali dopiero o 13. Dobrze, że sprawdziłam wcześniej. Będzie na następny raz.
Mam tydzień z dwoma facetami pod dachem. Damy radę, może coś zrobią i u mnie, lista nie jest długa. Najważniejsze światło, bo główna lampa nie działa, ca ja mam na cały pokój tylko podświetlenie kominka - duża lampa halogenowa, skierowana na kamienie. Mam lampy, ale to i tak nie daje mi światła, którego bym potrzebowała.
Witam wtorkowo. Poniedziałek należał, do tych bardzo trudnych. Ok. 3 nad ranem byłam u rodziców, bo tato źle się czuł...(długo by pisać). Ostatecznie o godz. 15-ej pojechał do szpitala. Wieczorem telefon, że przenoszą tatę na OIOM. Pojechałam porozmawiać z lekarze. Serce słabe, brzuch wygląda na ostry, ale najpierw trzeba ustabilizować oddech i dziś mają zrobić tomografię. Kontaktu z tatą nie ma, bo jest intubowany i podawane są środki nasenne i zwiotczające żeby trochę ustabilizować organizm. Reszty być może dowiem się dziś popołudniu, jak już będzie po badaniach. Mam się kontaktować między 16.00 a 19.00. A póki co przyszłam do pracy, bo i tak nic nie mogę pomóc. Pojadę po pracy do mamy. Połówek chce przyjechać, ale powiedziałam, że nie ma sensu żeby teraz jechał gdy nic nie wiadomo. Trzeba czekać na decyzje od lekarzy. Obudziłam się o 3-ej i koniec spania. Człowiek sobie tłumaczy, ale emocje są silniejsze. Za oknem szary, ponury dzień. Ogrzewanie w pracy "ruszyło". Oby nie padało. Dobrego dnia.
Ojej Smakosiu masz stres teraz duży,ale pociesz się tym,że Tato jest pod dobrą opieką. Wiem jak to jest i jak to strasznie brzmi,ale zrobią wszystko ,żeby Mu pomóc. Ufam,że będzie wszystko dobrze. Trzymaj się razem z Mamą. Pozdrawiam z całego
Poniedziałek przeleciał, nie tak stresująco jak u Smakosi, ale szybko. Miałam dwójkę w domu i bieganie (jeżdżenie) pomiędzy zajęciami.
Poranki zimne, szczepiące przymrozkiem. A w dzień powyżej 20 stopni i krótki rękaw. I tak cały tydzień będzie.
Pracownicy, a dokladnie jeden, Jesus (bo jego pomocnik to mało robotny jest. Śpi do prawie 7, wczoraj wstał nim wyszłam, a dzisiaj cisza. Gdy Jesus pojechał przed 6 rano, bo robota sama się nie zrobi). Wczoraj odbudowali piaskownice tarasem z barierkami, dzisiaj mają kończyć schodki do zejścia do niej. Teraz to taki domek na drzewie z piaskiem się zrobił. A raczej domek na skarpie, dzieciaki będą miały łatwe dojście, miejsce na buty czy nawet jakiś stolik. Pójdziemy z Malutką podziwiać (znaczy ja, bo oni to już wieczorem widzieli).
Naprawdę super pracownik, złota rączka od wszystkiego.
Witam środowo Wczoraj miałam się kontaktować z lekarzem o godz. 16-ej żeby się dowiedzieć co wykazał tomograf. Okazało się, że w poniedziałek, gdy byłam o 19-ej w szpitalu, to tego dnia o 22-ej zdecydowali, że muszą Tatę natychmiast operować. W sumie, jak teraz myślę, to dobrze, że nic nie wiedziałam (do wczoraj), bo pewnie stres by mnie "zjadł" a teraz już pozostaje czekać jak poradzi sobie organizm. Nadal Tato jest podłączony do respiratora, dodali wspomagająco sztuczną nerkę i chcą żeby tak pozostał przez kilka dni. Potem będą stopniowo wybudzać i monitorować. Brzuch był cięty. Teraz odżywianie dożylne. Dziś idę do szpitala i może dowiem się coś więcej. Cały czas wierzę, że Tato jest silny i sobie poradzi, mimo tych 81 lat i mimo ciężkiego stanu. Ps. Dziękuję za dobre słowo... Dobrego dnia
Wszystko w rękach Opatrzności. Będzie dobrze,zwłaszcza,że Tato to silny człowiek. Mój ma 79 lat a w maju okrągła 80-tka Mimo cukrzycy,choroby wieńcowej to też wyjątkowo silny facet. Zobaczysz, już niedługo będziecie traktować to jako przykre wspomnienie. Najważniejsze to szybkie dostanie się do szpitala,trafna diagnoza i odpowiednie leczenie. To priorytet, Pamiętam jak mój Tato dostał zawału ,na szczęście stało się to w gabinecie lekarskim podczas robienia EKG. Źle się czuł choć nie aż tak by pomyśleć,że to może być coś groźnego.Dr go reanimował do czasu aż przyleciał helikopter i zabrał go prosto do Ochojca.To były minuty,minuty ,które dosłownie uratowały mu życie.Od tego czasu mija 22 lata. Zmienił nawyki żywieniowe-wtedy też wyszło,że ma cukrzycę. No tak ,podstępne choróbsko. Tak czy inaczej Smakosiu,uszy do góry ,co najgorsze za Wami i tego się trzymaj. Pozdróweczka i zdróweczka dla Was Wszystkich Życzę.
100% racji. Mama twierdzi, że jest silna dzięki mojej "energii". Wie, że jestem i robię to, co tylko mogę. Połówek czeka na moje hasło i to też dodaje sił, bo wiem, że w razie czego jest kolejna pomoc.
Wczoraj w pracy katastrofa. Ci co robili remont źle dokręcili rury pod zlewem. Ile się lało nikt nie wie. Ja usłyszałam kapanie wody (dzięki za metalowego zająca, że krople spadały też na niego, bo na ciuchy w materiałowym koszu nic nie byłoby słychać), gdy byłam w piwnicy otworzyć drzwi dla ekipy, żeby swobodnie korzystali z łazienki. Lało się z sufitu. Podstawiłam gar i pudło, poscieralam wodę. Zawołałam Jesusa, jak dobrze, że byli, bo strat mogło być dużo więcej- ten od razu ustalił gdzie się leje, naprawił.
A tak odnośnie Jesusa, zobaczcie jaki to utalentowany człowiek, ze zmysłem inzynieryjnym. Piaskownice z dachem budował kto inny, on robił taras dookoła, barierki od podstaw oraz schody. W trudnym górskim terenie, z wyrównywaniem go. Jak będę miała coś do zrobienia w domu, to tylko on. Teraz dzieciaki mogą party robić, hehehe.
Fajnie przemyślana przestrzeń. Raj dla dzieci My też miałyśmy z Mamą akcję związaną z dużą ilością wody. W dniu, gdy zabrali Tatę do szpitala zdecydowałam, że muszę wyprać pościel po tej całej "akcji". Po jakimś czasie idąc z doniczką nagle poczułam, że nogi mi się rozjeżdżają. Ile wykonałam ruchów "ratunkowych" żeby złapać równowagę, to nawet nie wiem, ale pamiętam że już prawie leżałam więc rzuciłam doniczkę z kwiatkiem by uwolnić rękę i jakimś cudem ponownie stanęłam na nogach. Okazało się, że wąż od pralki wysunął się z wanny a raczej ja go przez nieuwagę przesunęłam kładąc zestaw prania. U mnie wąż od wody jest w ścianie więc nie mam nawyku sprawdzania czy wszystko jest OK. No i 9 litrów wody z detergentem popłynęło przez łazienkę na cały przedpokój. Jeszcze ta rozsypana ziemia dodatkowo zrobiła nam błoto. Ale ostatecznie cieszyłam się i dziękowałam Bogu, że jestem cała i nic gorszego się nie wydarzyło.
Teraz będzie raj. Wreszcie można będzie schodzić normalnie, miejsce na buty. Malutka się bała, ja trochę też, że jak stracę równowagę to zjedziemy obie pod moim ciężarem. Buty zostawione w piasku źle się ubierały, czasami trzeba było je wykopać, na skarpie pełnej korzeni, patyczków i żołędzie ciężko było utrzymać równowagę. Mieli piaskownice od wczesnej wiosny chyba (jak nie zimowej pory, nie pamiętam), ale po pierwszych dniach nie chcieli więcej chodzić, nie dawali się namówić. Teraz renesans. I super.
I deszczowo. Wczoraj była taka piękna pogoda i to na 20 stopni! Wykorzystałam ten dzień na porządki przy i na grobach. Ludzi było bardzo dużo. Wychodząc natknęłam się na koleżankę której dawno nie widziałam. Porozmawiałyśmy trochę i pędem do domu,a tam niespodzianka. Na tarasie leżał karton z grzybami i dynie ozdobne. Prezent od brata. Wspomniałam ostatnio w luźnej rozmowie,że chętnie przyjęłabym grzybki,gdyby ktoś mi uzbierał,bo ja się nie znam i proszę,a,że mój brat ma las pod ''nosem'' chętnie chodzi jak znajdzie chwilkę czasu. Zrobiłam na kolację jajecznicę z kozakami,nie mogliśmy się najeść. Dziś rano też,a reszta do zamrażalnika. Ale się rozpadało teraz,leje jak z cebra i podobno ma burza być,aż się zdziwiłam Na obiad robię dziś Gyrosa jak z knajpy,do tego ziemniaki i surówka z czerwonej kapusty. Poza tym czas na kubek gorącej herbaty z imbirem ,by przeziębienie nie dopadło. Napije się ktoś? Pozdrawiam i życzę zdrowia Wszystkim,zwłaszcza Tacie Smakosi. Tymczasem..
Witam czwartkowo U mnie jesień w pełni, ale niestety nie ta złota. Za oknem pada, pada, pada...deszcz.Mam tylko nadzieję, że przestanie, gdy będę wychodziła z pracy. Byłam wczoraj u Taty i porozmawiać z lekarzem. Nadal ciężki stan, ale stabilny. Chirurg stwierdził, że po pierwszej dobie nie widzi nic niepokojącego. Trzeba czekać, trzeba dać czas. Dziś też pójdę. Przysiądę się do tej gorącej herbaty z imbirem. W taki dzień, to jak znalazł. Miłego czwartku
Mam światło w pokoju. Teraz z polmroku mam salę operacyjną. Być może nie jest aż tak jasno, ale po tej ciemnicy wydaje się aż za.
Mam tych dwóch facetów. Pracują bardzo długo. Ale jedzenie to problem. Karmię ich, czasami nie chcą jeść, ja zostaję z tym wszystkim. Byli kilka razy na zakupach nawet, ale poza jakimś fast foodem na bieżąco, nie kupili niczego innego. Trochę to denerwujące, ale nie mogę patrzeć, jak pracując od 6 do 9 wieczór nie dać im zjeść, jak mam. Druga sprawa to zachowanie- zazwyczaj jak wracają, ja idę spać- głośno gadają, muzyka, jakby byli sami w domu. Wczoraj moje światło robili chyba do 23 (po całym dniu kopania okopow w górskiej ziemi). Nic im nie powiem, dom pracodawców, robią naprawdę dobrą robotę. Ale czuję się jak z niewygodnymi współlokatorami w akademiku. Przynajmniej się wygadałam.
Kupiłam im wczoraj chleb, z wyglądu bułka wrocławska, naprawdę dobra, próbowałam. Malutka nie jest jadkiem, bardzo wybiórcza. Nie zmusisz jej, żeby coś zjadła. Jak jest głodna to jest zła, a jak jest zła to bardziej nie chce jeść. żyje na krakersach i herbatnikach. I zrobiłam jej kromkę z masłem. Jadła aż jej się uszy trzęsły. Zjadła 3 kromki, czwartą zostawiła w połowie. Sprzątnęłam, za jakieś 15 minut pytanie, gdzie jest moja kanapka... Muszę ją dzisiaj też zabrać do siebie, bo mi za dużo pieczywa zostaje. Oni wyjeżdżają na noc, pracownik Jesusa, len ogromny, chce do domu. Jak zrobią wszystko tutaj, u mnie też jest kilka rzeczy, to wyjadą może o północy.
Goście byli, pojechali wczoraj o 23. Czekałam, bo nie zostawię otwartych drzwi do domu na noc. Wyściskali mnie na odchodne. Miłe.
Jutro pranie i sprzątanie. Mam ochotę na zapiekankę z dyni. Tyle, że zapomniałam o gruszkach, a takie prosto ze sklepu będą niedojrzałe. Ale może zrobię tylko plastry z airfryer, muszę znaleźć przepis (czas pieczenia. Bo reszta się myśli w głowie na podstawie obrazka z FB), posmarowane czymś ostrym i obłożone serem pleśniowym.
Zastanawiam się czy nie zapakować Malutkiej do samochodu i nie pojechać na moje zakupy. Ale muszę moim na myjnię, a jak będę miała wszystko to jutro nie będzie mi się chciało ruszyć.
Piątek, piąteczek, piąteluniek W głowie milion myśli... Nadal stan bardzo ciężki. Kiedy zapytałam czy można mieć chociaż iskierkę nadziei, to usłyszałam, że na ten temat jeszcze trudno rozmawiać. Antybiotyk wdrożony, ale czy zadziała...? Reszta bez zmian. Dziś też pójdę. Dobrego dnia
Trzeba być zawsze dobrej myśli,nawet jakby było bardzo źle. Wiem,że łatwo się mówi,ale tak sobie trzeba tłumaczyć,bo dobre myśli przyciągają dobre rzeczy,sama zresztą wiesz. Myślami jestem z Wami,bo wiem jakie to trudne. Trzymajcie się mocno będąc wspólnie dla siebie wsparciem. To najlepsze dla Waszego Taty. Zdrówka
Nastał październik, liście się złocą i czerwienią.
Poranki coraz chłodniejsze.
Zapraszam do kominka, na gorącą kawę, herbatę, coś na ząb. I coś na rozgrzanie wieczorową porą. Bawmy się naszą obecnością.
Wczoraj znowu długo w pracy.
I dzisiaj też krócej się nie zanosi.
Ale mąż przyjeżdża. Nasze weekendowe plany są pod znakiem zapytania, bo deszcz w prognozie. Ale w domu też piknie. A na zewnątrz zawsze można pod parasolem...
Witam czwartkowo
Trzeba będzie jakoś sobie uprzyjemniać te krótsze i chłodniejsze dni. Znając polską jesień, to pewnie też mokre i chłodne. Dla mnie to czas na palenie świec i imbirowe herbaty z miodem i goździkami.
Mamy jeszcze trochę czasu urlopowego , bo do domu ruszamy w sobotę.
Może to zapowiedź dobrego miesiąca 
Ekkore, Twoje październikowe plany bardzo mi się podobają - kawa, herbata, coś na ząb i na wieczorną rozgrzewkę, to doskonały kierunek
Wczorajszy lot odbył się bez niespodzianek. Auto oddaliśmy bez niespodzianek owych ceregieli - jednym słowem poszło gładko. O godz. 14.00 byliśmy już w domu. Okazało się, że w Dusseldorfie jest 27 stopni. Szok. Zrobiło się parno więc szybko zrobiliśmy zakupy i poszliśmy pożegnać lato nad Ren. Co tam było ludzi! W restauracjach i barach tłumy. Wszyscy radośni. Pary i rodziny spacerowały, inni okupywali centra handlowe. Usiedliśmy na ławce, z widokiem na rzekę i wróciliśmy dopiero o 21-ej. Dziś deszczowo (już od nocy) więc mamy poranny luz , bezkarne leniuchowanie
Fajnie jest poczuć takie luzy na początek października
Takiego nam życzę
Dobrze, że wszystko przebiegło sprawnie.
Ciesz się resztą wakacji z Połówkiem.
U mnie też wieczorkiem palą się świeczki o zapachu wanilii,cynamonu i jabłka,do tego kubek złocistej herbaty i jesień nikomu nie straszna. Tymbardziej złota,polska jesień
Witam w październiku ,zwłaszcza gospodynię tego miesiąca czyli Ekkore
O tak liście mienią różnymi kolorami,lasy wypełniają się grzybami. Wczoraj dostałam od brata urodziwe kanie,mówił,że jest ich mnóstwo. ja sama nie zbieram,bo nie potrafię do końca odróżnić od tych ''psich''. Na wieczór będę je smażyła,bo dziś wyjątkowo późno obiad,a właściwie obiadokolacja.
Ja też nie zbieram grzybów. Raz, że się nie znam. Dwa nigdy .nie ciągnęło.
Mój tata był zapalony grzybiarz, ciągał 6 latkę ze sobą. A ja co wzgórek to krzyczałam grzybki, grzybki pokażcie się.
Sama chyba nigdy nie zbierałam.
Tu raz zjadłam maślaka z trawnika, gdy byłam pewna, że to on.
Piątek, piąteczek, piąteluniek


Tym razem nie jestem zachwycona, że już koniec tygodnia, bo to oznacza, że jutro wyjeżdżamy. Czekają obowiązki i koniec laby. No ale nie ma co marudzić, trzeba się cieszyć, że wszystko jest ok. Po za kółkiem od walizki. Połówek je reanimował, ale czy przetrwa powrotną podróż, to się dopiero okaże
Wczorajszy wieczór był pełen stresów, bo sąsiadka Polka (77 lat), która nas kiedyś poznała źle się czuła (wysokie ciśnienie) prosiła, by do Niej przyjść a o pogotowiu nie chciała nawet słyszeć .
Dziś musimy odwiedzić wujka i dzień nam zleci. Może skoczymy na jakąś dobrą zupę, bo oboje mamy ochotę na Ramen,. Tyle że plany planami a czasu trochę mało.
A! Wspominałyscie o grzybkach - nie zbieram, nie znam się i w sumie nie jem. Czasem pieczarki. Zbierać nigdy nie umiałam. Ja ich zwyczajnie nie widzę, bo wszystko dookoła bardziej mnie interesuje i grzyby jakoś się chowają przede mną
Dobrego dnia
Czyli z grzybami masz podobnie do mnie...
Grzybki, grzybki pokażcie się...
Pieczarka to też grzyb. Dla mnie wystarczy.
I już piątek.
W pracy pewnie długo, to będzie standard.
Wiecie, że pomyliłam miasta, tam gdzie mamy jechać jutro. I sprawdzałam atrakcje dla zupełnie innej lokalizacji, w przeciwnym kierunku. Umysliłam sobie, bez zerknięcia na mapę, choć sprawdzałam odległość. A odległość prawie ta sama, więc nawet nie zwróciłam uwagi. Gdybym sprawdziła ile jest do restauracji potem, pewnie bym się skapnęła.
Nadzieja, że deszcz nam nie będzie przeszkadzał. Muzeum pod dachem.
Wczoraj miałam dwójkę w domu, Mały był tak wykończony, że zostawili go w domu. Spał do 8.30, potem go obudziłam, bo szliśmy na gimnastykę.
Zostawiam Wam kilka zdjęć z październikową sceneria.
Halloweenowa sceneria się zaczyna, jest jej coraz więcej.
Właściciel posesji chyba bardzo lubi dekoracje - jak wracałam do domu, to pracował na dworze nad swoją ekspozycja, rozszerzając ją. Mial ze sobą małe dziecko - w takim miękkim łóżeczku do zabawy.
Mieliśmy wczoraj lekcję pływania. Malutkiej coraz bardziej się podoba, choć ciągle ciężko się pogodzić z płcią trenera.
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy niezmienny...
Taka u mnie pogoda jest, od razu mi się przypomniały te słowa...
Pospaliśmy długo, do 7.30. Obudziłam się o 5, nawet czułam się wyspana, miałam jeszcze chwilę poleżeć, bo mam dość spania, hehehe.
Bardzo późne śniadanie. I decyzja, że nigdzie nie jedziemy.
Posiedzimy w domu, ogarniemy na spokojnie co do ogarnięcia, nie trzeba byłoby jutro rano w pośpiechu.
Kolejny członek Halloweenowej rodziny się pojawił.
Sytuacja jest rozwojowa.
Witam sobotnio
Ja właśnie w pociągu do Berlina. Potem przesiadka i do domu. Trochę smutno, ale do pracy wracam w środę więc jeszcze będzie chwila na spokojny rozruch. Połówek też zostaje w domu do środy czyli mamy parę wspólnych dni.
Miłego popołudnia jeszcze
Cieszę się dla Was na wspólne chwile.
My mamy tylko do jutra, potem na operację.
Mąż myśli przyjechać na koniec października/ 1 listopada. Ale to zależy co w pracy u niego.
2 listopada ma konsultację przed operacją - wyjaśnienie wszystkiego i przygotowanie do zabiegu, jak wszystko będzie wyglądać.
Wszystko co dobre ,szybko się kończy,ale zawsze jest ta nadzieja,że przecież nie na długo. Poza tym u nas piękna pogoda,oby jak najdłużej
Hej hej w niedzielę. Jutro do pracy.
Przestało padać, zimno się zrobiło.
Wczoraj w domu, przyjemnie, leniwie było.
Dziś kościół, potem na zakupy i ostatnie wspólne jedzenie, wyprawa do naszej ulubionej knajpki, dla mnie pewnie na burgera. A potem czas pożegnania.
Wczoraj byliśmy w meksykańskiej restauracji, po ponad roku mieszkania tutaj udało nam się wreszcie dotrzeć. Tylko dlatego, że pogoda zawiodła.
Pierwszy raz jadłam taquitos - małe, chudziutkie rolki, z mięsem, smażone w tluszczu (mogą być też pieczone).
Ja je widziałam tylko w sklepowych zamrażarkach, nigdy w restauracyjnym menu.
Muszę sobie zrobić, super opcja na mięso z rosołu. Tylko dodam ser, bo ciut suche, trzeba mieć coś do maczania - propozycją jest guacamole i śmietana. A tego dużo nie dalo.
Nic to, wiem jak poprawić w domu,ca w restauracji zamówię ekstra porcję. Już wiem czemu była w menu.
Witam niedzielowo
Oboje stwierdziliśmy, że to jedyne, czego nam brakowało. Poranek był powolny, ale musiałam mimo niedzieli wstawić pranie, bo teraz, przy tym chłodzie w mieszkaniu wszystko będzie długo schło. Kolejne, dwie porcje prania czekają.
Nie ma co ukrywać - domowa kawa jest najlepsza
Rozmrażam krupnik na obiad. Lodówka póki co pusta więc improwizujemy
Dobrego dnia
Witam w 1 poniedziałek października
Dzień zapowiada się słonecznie,jak ostatnie dni. Podobno ma to się zmienić od czwartku,tak czy inaczej cieszmy się urokami pięknej jesieni. Grzyby się się wysypują. Tata po spacerze z Maxiem (pies) uzbierał trochę maślaków i kozaków. Dał mi ,bo mówi,że sami nie będą robić ,bo od dziś zaczynają rehabilitację a z grzybami jednak trochę schodzi. Zrobię więc parę słoiczków.
Fiu fiuuu.... Ładny zbiór. A do tego pyszne słoiki z ogórkami w tle
I już poniedziałek.
Trzeba do pracy wstawać.
Dzień jak codzień.
Ja to chyba nie jestem specjalnie wybredna, jeżeli idzie o kawę.
Byle była mocna.
Ekspres na k-cup ze sobą wożę wszędzie, bo nie akceptuję kawy w saszetkach, jak herbata.
Jest podla. I mimo, że w domu piję z ciśnieniowe, to taka z ekspresu przelewowego czy k-cup jest ok.
Na rejsie wolałam kawę z ekspresu bezpłatnego, taką ogólnie dostępną przez cały dzień, niż z kawiarni płatnej, którą mieliśmy w cenie pakietu napojowego.
Na śniadania w hotelu nie chodzę, bo są okropne, nie w moim stylu, choć głodnym się nie wyjdzie. Ale nie będę ryzykować, biorę swoje jedzenie z domu. I jak je mam to trzeba zjeść.
Restauracyjne śniadania są super, tyle, że ogromne. Po tygodniu wyjazdu to bym się w piłkę zamieniła. Obiady wystarczą.
Natomiast jajecznica to wyzwanie. Bardzo rzadko jem poza domem. Bo nikt nie umie zrobić mojej, idealnie ściętej. Nie za suchej, nie za płynącej.
Wybieram zazwyczaj omlet - gdy jest stanowisko jajeczne. Tu nie mam aż tak wielkich wymagań.
Witam poniedziałkowo
Właśnie ostrzygłam Połówka i tak patrzę, że ja też już muszę do fryzjera. Może umówię się na piątek.
Dziś w planach zakupy dla rodziców a potem jedziemy do Nich w odwiedziny. Wczoraj spotkanie rodzinne upłynęło bardzo miło, ale jak wróciliśmy, to już trzeba było iść spać. Czas mam szybko umknął. Może dziś wieczorem będziemy go mieli ciut więcej dla siebie...?
Dziś na obiad ryba. Mamy taką swoją, ulubioną smażalnię gdzie zawsze są świeże ryby i jak je podadzą , to nigdy nie ma zawodu. Chcemy sobie zrobić jeszcze taki, urlopowy akcent
Dziś słonecznie, ale w domu jest tak chłodno, że chwilami nic, tylko wskoczyć pod koc.
Ale póki co mobilizacja i w planach druga kswa.
Dobrego dnia
Dzięki,że przypomniałaś mi o fryzjerze. Muszę się umówić na zrobienie fryzurki z okazji 50-tki mojego brata. Co prawda to dopiero w listopadzie,ale umówić się trzeba już teraz
Dziś już nie ma słonka, przynajmniej na razie. Za to piękna mgła. Właśnie zaparzyłam kawę,napijecie się?
Oj jak ciężko po weekendowym lenistwie. Ale nic to, trzeba dać radę i tyle.
Zimno się zrobiło, rano 7 stopni.
Na koniec tygodnia trochę cieplej, a potem znowu w dół.
Dzisiaj zaczęły się prime day, a przy okazji sams club i Walmart mają swoje.
Kompletnie nic nie ma. Jakaś chińszczyzna, nic z rzeczy, które ewentualnie chciałabym kupić.
Nawet kawę kupowałam taniej wcześniej. A zazwyczaj na prime day była okazja uzupełnić zapasy.
Mąż pewnie coś tam nakupuje - filmy i książki.
Ja do fryzjera przymierzam się na koniec listopada, mam nadzieję, że moja fryzura wytrwa do tego czasu. Teraz mi się fajne włosy zrobiły.
Tyle się rozpisałam,wysyłam,a tu zderzenie z białą ścianą..szybko jednak wróciło Wielkie Żarcie. Szkoda tylko,że nie mogę odtworzyć wpisu
Mi też się trafiło - rozpisałam się i jak kliknęłam "wyślij" poszło w powietrze
Mnie też stracha napędzilo.
Wchodzisz, a tu biało. Dobrze, że krótko trwało.
Mówiłam, że mąż coś znajdzie do kupienia.
Nabył 2 komplety książek Sapkowskiego, po angielsku. Będzie co czytać i porównywać jak im poszło tłumaczenie.
Kolejny zimny poranek, ale w dzień ciepło, do 25 stopni. Może być więcej, może być mniej. Zobaczymy.
Spadam jeść śniadanie. I potem do pracy.
Witam środowo


Niestety poprzedni wpis zniknął i już nie mam tyle czasu żeby się rozpisywać
Skrótowo - jestem pierwszy dzień w pracy. Atmosfera lipna, bo nerwowa. Na szczęście mnie ona nie dotyczy więc otoczyłam się papierami na biurku i robię swoje. Ale...trochę to ma wpływ na człowieka więc byle do 15-ej. Mam nadzieję, że nabrałam na urlopie tyle dobrej energii, że na jakiś czas wystarczy mi tego zasobu żeby nie ulegać tym otaczającym mnie emocjom.
Połówek jeszcze jest w domu, ale wyjeżdża dziś wieczorem. Tradycyjnie mam swojego "pocieszacza" w postaci pudełka lodów
Dobrego dnia
Tak myślałam czy ja mam jakiegoś pocieszacza. Chyba nie, nie z jedzenia.
Jeżeli cokolwiek miałoby nim zostać to chyba byłby alkohol, niebezpieczny związek.
Tyle, że ja nie lubię pić dla samego picia, to musi być kompozycja smaku, dopełnienie do jedzenia.
Jeżeli jest dysonans to ani jedzenie, ani alkohol nie smakują mi tak jak powinny.
Witam czwartkowo
Poranek jeszcze bez deszczu, ale parasolka w torbie, bo zapowiedzi nie są optymistyczne.
Po pracy planuję małe zakupy warzywne z myślą o weekendzie, bo jutro idę do fryzjera więc lepiej jak ogarnę sobie to dzisiaj.
Kolejne pranie czeka - coś nie mogę tego skończyć przez te pourlopowe stosy. Od wczoraj wystartowało ogrzewanie w mieszkaniu więc już powinno wszystko szybko wysychać. Cieszę się, bo faktycznie chłodno było w domu.
Połówek już pracuje czyli wyjechał więc w domu pustka i cisza.
Papiery czekają więc zmykam.
Dobrego dnia
I już czwartek, czekam weekendu.
Żeby się zmęczyć domowo, hehehe.
Wczoraj dotarły nowe rośliny miesozerne, nowa rodzina Adeli.
W naprawdę dobrym stanie, widać, że hodowla dba o wszystko. Dostały wodę i światło, niech się klimatyzuja.
Mała ma bunt skrzypcowy. Nie chce ćwiczyć, nie chce chodzić na zajęcia.
Bo przyszło trudne, różnica w graniu słyszalna, choć ciągle brak piszczących dźwięków. Ona jest zdolna wielokierunkowo, wszystko przychodzi łatwo. Więc jak nie jest jak być powinno, to najchętniej by odpuściła.
Miejmy nadzieję, że mama się nie ugnie.
Ciepło w ciągu dnia wraca. Poranki chłodne.
Nowi członkowie rodziny.
Ale masz teraz kolekcję!
Piątek, piąteczek, piąteluniek
Przywiozłam z Niemiec owczą fetę i trochę walczę sama ze sobą żeby może jednak zjeść na obiad grecką sałatkę...?
Mam też pyszną słodką cebulę tzw. cukrową. Pasuje idealnie do takiej sałatki. Kupujecie ją? W Polsce jest dostępna chyba tylko w tym letnim i wczesnojesiennym okresie. Dużo droższa, bo za kilogram trzeba zapłacić ok 12 zł.
No i mamy koniec roboczego tygodnia. Jeszcze tylko parę godzin przy biurku, potem do fryzjera i szybko wracam do domu.
Poranek był tak zimny, że aż pożałowałam, że nie założyłam cieplejszej kurtki. To odczucie zimna, to pewnie po wczorajszym deszczu.
Byłam po zakupy więc dziś już nie muszę. Kupiłam w zasadzie prawie same warzywa. Była brukselka więc w dziś zrobię ją na obiad z masłem i bułką tartą. Kiedyś jej nie lubiłam, ale od kiedy gotuję tak, żeby była na wpół miękka już jest super
Przyszłam wczoraj do domu i poczułam takie miłe ciepło. Pomyślałam sobie, że jestem prawdziwą szczęściarą. W domu jest nie tylko ciepło, ale i bezpiecznie i przytulnie a przecież są ludzie, którzy nie mogą tego doświadczać (z różnych powodów). Ot, taka chwila refleksji...
Zaczęłam oglądać serial "Replay" z platformy Netflix. Rzadko ostatnio się spotyka tak piękne poprowadzenie kamery. Prawie każdy kadr, to doskonałe zdjęcie. Nawet chwilami robiłam sobie pauzę żeby mieć czas przyjrzeć się tym obrazom.
Film jest w konwencji czarno-białej, z doskonałą muzyką, osadzony we włoskim krajobrazie. Trochę rozwleczony wątek, ale dzięki kunsztowi artystycznemu chce się patrzeć i chłonąć. Polecam.
Czas na gorącą herbatę z pigwą i goździkami.
Dobrego dnia
Witam piątkowo
...i deszczowo..całą noc padało i teraz też..plucha,zawierucha i kałuże.
Mimo pogody wybieram się na cmentarz. Moja babcia jakby żyła kończyła by dokładnie 100 lat. Ona i jej siostra bliźniaczka. Były jak dwie krople wody,nawet głos miały podobny. W szkole się zamieniały. Babcia była dobra z ''rachunków'',ciotka z polskiego. Uzupełniały się,pomagały we wszystkim.W styczniu 1945 roku one i rodzeństwo zostali sierotami. Mama umarła jak babcia miała 2 latka a tato zginął od kuli we własnym domu. Na historii uczyliśmy się o tym.. Straszne czasy to były,ogromna trauma. Nigdy więcej wojny ,choć i dziś jak wiemy czasy niepewne ,ale nadzieja zawsze pozostaje..
Piękna i smutna historia. Babcia już "lekka" w swoim niebycie i pewnie szczęśliwsza... (*)
I już piątek, cieszę się bardzo.
Jutro pośpię dłużej.
W planach pranie, sprzątanie, zakupy, pieczenie/gotowanie.
Czas zleci nie wiadomo kiedy.
Oczywiście weekend deszczowy.
Cebula cukrowa to u mnie ta standardowa. Coś jak cukier trzcinowy.
Bardzo ją lubię, głównie kupuję.
Huragan na Zatoce. Isaiah. Pierwszy w tym roku od atlantyckiej strony (do tej pory były tylko sztormy, daleko na oceanie)
Może nie być za fajnie dla Florydy/Alabamy.
Ma iść potem daleko lądem. Oby sytuacja z Helen się nie powtórzyła w Appalachach.
Źle imię napisałam, korzystając z podpowiedzi wyrazów - Isaias jego imię.
Z moim okiem nie jest dobrze. Pierwsze charakterystyczne symptomy dostałam niecały tydzień po wizycie u lekarza. Gdy termin operacji miał być jakąś odległa przyszłością.
Z dnia na dzień jest gorzej, linie poziome- z ugiętej pod ciężarem półki, zrobiły się delikatnym szlaczkiem falistym, linie pionowe z prostych (zajęło im dłużej) najpierw zrobiły się jak pogrubione na boki odbicie w krzywym zwierciadle (jak beczka), a teraz są jak ciało wygięte przy skłonie w bok, jedna strona wklesla, druga wypukła.
Dzisiaj zadzwoniłam, mam wizytę w środę. I numer telefonu bezpośrednio na okulistyczny dyżur, gdybym zaczęła podejrzewać odklejanie się siatkówki po godzinach pracy przychodni.
Zobaczymy co się dowiem. Byle móc przetrwać do grudnia...
Ehhh...
O kurczę
Szczerze Ci współczuję. To ogromny niepokój, bo przecież oczy są takie ważne... Może się szczęśliwie okaże, że to chwilowe, że uda się poczekać do grudnia czyli tak, jak zaplanowałaś pierwotne. Mimo wszystko dobrze, że jest opcja "B" i w razie potrzeby wiesz co robić. Ech....
To już nie zniknie inaczej jak operacyjnie.
Może spowolnić czy na trochę się zatrzymać, ale osiągnięty stan zostaje.
Mnie nowe okulary, nowe szkła starczyły na miesiąc.
Wszystko jest kwestią ucisku na siatkówkę, a dokładnie plamkę żółtą i szkód przez to zrobionych.
Optyka była najgorszym działem fizyki, którego nigdy nie rozumiałam. Teraz muszę przerabiać na żywo, w praktyce.
Witam sobotnio


Posłałam dłużej czyli aż do 7-ej . Potem herbata i kawa z Połówkowym, ale już przez telefon. Nie mam dużych planów. Trochę telefonów, jak to po urlopie i powrocie do domu. Pewnie kolejne pranie, bo wczorajsze dosycha.
Za oknem pogoda w kratkę czyli typowo jesienna. Patrzę z przyjemnością na trawnik, bo cieszę się, że Połówek go skosił i to już koniec w tym sezonie. Muszę pójść ogarnąć czyli oczyścić kosiarkę, bo pewnie jak zwykle oklejona trawą i ziemią. Połówek uważa, że nie ma potrzeby czyścić, ale ja wiem swoje
Fajnie, że jeszcze cały weekend przed nami
Dobrego dnia
Weekend. Deszczowy. Huragan płacze z żalu, że się rozpuścił.
Deszczowe pozostałości są równie niebezpieczne, bo to ogrom powodzi.
Oby Helen się nie powtórzyła, tym razem na moim terenie.
Helen to już dwa lata, ciągle wiele szkód nie jest naprawionych, Blue Ridge Parkway zamknięta, na najpiękniejszym odcinku.
Dzisiaj domowe obowiązki plus zakupy.
Na obiad Mississippi roast, będzie na dwa dni, a reszta mięsa na zimno.
Śniadania jeszcze nie wymyśliłam.
Za tydzień córka przyjeżdża. Z psem. Pogadamy, pospacerujemy. Może pojedziemy się moczyć do ciepłych źródeł.
Do ciepłych źródeł? Wspanialy pomysł,na pewno wypoczęłybyście idealnie,bo to sam relaks. Zwłaszcza,że ostatni czas nie jest dla Ciebie łatwy. Wierzę,że wszystko się dobrze ułoży i operacja pomoże. Będzie dobrze,musi być.
Dzięki za dobre myśli.
Co ma być to będzie.
Operacja jest koniecznością.
Mimo jej wykonania, mogę widzieć gorzej. Wszystko zależy od stopnia uszkodzenia siatkówki.
Ale to alternatywa do niewidzenia w ogóle.
Byle dało się do grudnia doczekać.
A teraz do środy, żeby konkretnie wiedzieć na czym stoję.
Deszczowa niedziela, 7.30, a ciemno na zewnątrz.
Dzisiaj dokończę dzień gospodarski w domu.
Wczoraj zrobiłam sobie ciasto marchewkowe, wieczorem, tak kusiło sztucznym zdjęciem. Znaczy w przepisie była rolada, ja zrobiłam na spodzie. Nijak nie wyglądało jak to ze zdjęcia, kolor ciasta się nie zgadzał nawet. Ale tym razem wiedziałam plus minus jaki będzie efekt.
Spód z mąki migdałowej i kokosowej z potarta marchewką. Masa z sera philadelphia, masła i śmietany kremówki, z wiórkami kokosowymi. Posypane drobnymi orzechami pecan.
Dzisiaj będzie na śniadanie.
Od jutra trzy dni z kompletem w domu.
I z planami.
Jutro wyprawa w góry- zadanie ze szkoły, które sama wybrałam z listy. Znając życie rodzice mieliby problem z realizacją, to niech i ja mam trochę przyjemności.
We wtorek zaległe lody urodzinowe, wyprawa do gwiazdy (Roanoke Star) oraz może zoo, jak rodzice zapłacą.
W środę moja wizyta u okulisty. A dzieciaki idą do mojej koleżanki, tą którą znam z zajęć gimnastycznych. Zgodziła się.
Rodzice też, choć nigdy jej nie widzieli. Tylko zabawki od niej i opowieści Małego (i moje).
Mieszka trzy minuty od okulisty..
Czas przeleci ot tak...
Mój wczorajszy obiad - Mississippi roast, z puree z kalafiora oraz sosem paprykowym.
Miałam jeszcze mieć pieczarki, ale tak zdechłe, że odpuściłam.
Dzisiaj będzie powtórka.
Ciasto przetestowane. Pycha, jak myślałam.
Częstujcie się, do tego kawa lub ograniczony wybór herbat.
Na obrazku spód (ciasto) wyglądało jak z orzechów nie z mąki, z drobniutka marchewką, nawet drobniejsza niż potarta na małych oczkach.
Tak czy siak moją wersję ciasta zaraz sobie zapiszę.
Ciasto wyglada bardzo smakowicie. Biorę do kawy,z pewnością mi nie zaszkodzi,zwłaszcza,że w przepisie są składniki które nie powinny podnieść cukru. Spróbuję zrobić na swoje urodziny,które już wkrótce.
Ciasto jest naprawdę dobre.
Bardzo delikatne.
Dodanie śmietany kremówki było strzałem w 10, dodało lekkości masie serowo-maslanej, która po wyjęciu z lodówki jest ciężka.
Już dawno nie jadłam z takim smakiem, z myślą o więcej.
Bo ja generalnie to najbardziej lubię realizować i modyfikować. Jak już gotowe, to jedna porcja mi wystarcza, resztę zazwyczaj męczę, bo trzeba zjeść. Bez tej radości z jedzenia.
Nawet jak dla Ciebie powinno być bez cukru, na urodziny zrób z nim. Bo zaczynanie od rewolucji tak wielkiej uroczystości to nie jest dobry pomysł.
Bo jaki by nie był każdy słodzik czy nawet cukier brzozowy mają inny smak, który trzeba zaakceptować, inaczej to mordęga i zero przyjemności.
Do czasu erytrytolu żaden słodzik mi nie pasował, kupowałam i zawsze wyrzucałam już mocno przeterminowany. Ten okazał się strzałem w 10.
Ale dla gości czy nawet dla córki, jak przyjedzie robię wersję tradycyjną.
Witam poniedziałkowo
. Czas jutro założyć, bo te siedem stopni i wilgoć w powietrzu robią swoje.
O ludzie! Kiedy to zleciało! Przecież zaraz trzeba będzie pomyśleć o cieście na piernik. Zazwyczaj robię je 11 listopada. A Wy robicie w tym roku?
W minionym tygodniu startowałam z praca od środy, teraz już czas wciągnąć się w pracę "po całości". Tak więc zaczynamy tydzień. Dodam - zimny tydzień. Zapomniałam, że mam fajny bezrękawnik, który w minionym roku nosiłam na kurtkę. Przypomniałam sobie o nim teraz
Weekend przeleciał. Zrobiłam sobie maraton filmowy. Potrzebowałam posiedzieć w domu. Po tym hiszpańskim słońcu, mam wrażenie, że jeszcze bardziej odczuwam jesienne ochłodzenie.
Nie chciało mi się gotować. No normalnie lenistwo mnie ogarnęło po całości. Miałam mrożoną lasagne warzywna więc ta mi załatwiła temat obiadu.
Zafarbowałam włosy, po po strzyżeniu, to już nie było zmiłuj. Z myślą o kolejnym terminie strzyżenia (ja muszę raz na miesiąc) patrzyłam w kalendarz i trochę mnie zatkało. Uświadomiłam sobie, że jeszcze raz i ten po nim, to już przed świętami
Czas na gorącą herbatę i zabieram się za pracę.
Dobrego dnia
Hej, hej.
Weekend minął, czuję wielki niedosyt.
Myślę nad planami w pracy.
Co i kiedy mamy robić. Chyba wszystko skomasuje na jutro, bo dzisiaj, choć szkoła wolna, to stałe zajęcia zostają. Rano muzyka, po południu gimnastyka i chór Małej.
Lepiej niech Malutka utnie regularną drzemkę niż ma być za dużo.
W górach wszystko może być mokre, zresztą wszędzie, nawet przysiąść na ławce się nie da.
Ostatnie trzy dni lata, bo znowu wraca, a potem spadek temperatury do przymrozku, ma być 1 stopień rano na weekend. A to może oznaczać koniec jesieni, gdy kolory się nawet jeszcze nie zmieniły do końca.
Isaias niestety wyrządził szkody w zachodniej części stanu.
Oni dopiero zaczęli dźwigać się powoli z Helen.
Współczuję bardzo tego życia w strachu.
W mojej części stanu było sporo tornad, nasze miasto ominęło.
Niby mniej huraganow, ale jak przyjdą to na 200 %.
Nie wiem czy mogłabym żyć w miejscu, w którym pory roku przeplatają się z lękiem...
Wszystko to kwestia przyzwyczajenia. Działasz metodycznie, w szybki sposób ogarniasz co trzeba.
Gorzej, gdy sytuacje mają miejsce tam gdzie nigdy do tej pory.
Nikt się nie spodziewa - tak jak tornada w Polsce czy teraz jak huragany zamiast iść po Atlantyku, idą poprzez Appalachy plus minus.
Witam wtorkowo
Teraz 1 stopień. Bezrękawnik już wyciągnięty i szło się komfortowo.
Dziś pieczywo żytnie z tatarem. Zaparzyłam gorącą herbatę z pigwą. Częstujcie się 
Patrzę i nie wierzę - o poranku pojawiło się "0" stopni na termometrze. Tego jeszcze nie było
Wczoraj na obiad zrobiłam sobie fasolkę szparagowa z masłem. W efekcie obudziłam się głodna i jak weszłam do pracy, to od razu wyciągnęłam śniadanie
Dobrego dnia
Hej, hej we wtorek. Zaraz będzie połowa miesiąca.
U mnie to zero będzie na weekend. Trzeba będzie się ubrać ciepło. Na pewno będzie szczypało zimnem, po ponad 30 jutro (i do piątku 25).
Muszę wymyślić jak wstawić samochód do garażu. Potrenować trochę.
Jak "specjalista" zrobił odwodnienie klimatyzacji, żeby "pocenie" szło do rurki, a nie na podłogę, odwalił taką fuchę, że mąż poprawiał co mogł, bo woda i tak się lała na garaż, tylko nie do odpływu, a stała kałuża na pół garażu. Gościu wyprowadził te rurki daleko od ściany na garaż (a mógł za ścianką poprowadzić, było miejsce). Ta część jest krótsza, bo klimatyzator.
No i teraz się boję wjeżdżać, bo żeby zamknąć drzwi, to muszę podjechać pod samą ścianę. A co jak połamię te rurki?0
Niby garaż na dwa samochody, gdyby się dało wjechać samochodem to mógłby być na trzy, tak duże jest pomieszczenie magazynowe, ale jak stanę na drugim miejscu, to nie wejdę do domu, bo klimatyzator oraz ta nieszczęsna ścianka.
Witam środowo

Wczoraj był trudny dzień w pracy, pełen emocji - zwalnialiśmy dyscyplinarnie pracownika. Wiele sytuacji na to się złożyło, ale ja mam poczucie, że nie do końca wina była po jednej stronie... Przykro. Myślę, że można było tego uniknąć, ale ja nie miałam na to wpływu, nie moje zadanie. Jak wyszłam z biura czułam się jakaś "wypluta" a musiałam się zmobilizować, bo jechałam do rodziców. Wróciłam wieczorem zmęczona, pewnie najbardziej psychicznie. No i rano był tego efekt - obudziłam się z bólem zatokowym. Na szczęście Ibuprom szybko zadziałam.
Teraz czas na herbatę i śniadanie.
Dziś ładna pogoda - chłodno, ale świeci słońce. Będzie lepsza energia
Powinnam zrobić jakieś zakupy. Muszę przemyśleć czego mi brakuje.
A jak dziś pogoda u Was?
Dobrego dnia
U nas 7 stopni póki co i zapowiada się na deszcz. Lada chwila lunie. Myślałam by jechać dziś na cmentarz posprzątać i pomyć pomniki,ale w takiej sytuacji muszę to odroczyć do lepszej pogody. Zastanawiam się też nad zmianą opon.Gdzie nie słyszę to wymieniają. Mnie co prawda wydaje się to jeszcze za wcześnie,ale może nie mam racji? Podobno zima ma przyjść wcześniej. Zobaczymy.

Nie dziwię się,że tak się czujesz Smakosiu. Jak kogoś zwalniają i to dyscyplinarnie nie jest to miłe doświadczenie,nawet jak to nie dotyczy osobiście. Człowiek jednak się zżywa z koleżankami z pracy,no chyba ,że trafi na kogoś bardzo niemiłego,ale mimo wszystko to zawsze niefajna sytuacja
A skoro mowa o śniadaniu,to całkiem niedawno zjadłam dwie kromeczki razowca z plastrami łososia,rzodkiewką i pomidorkami koktajlowymi. Miałam jeszcze ugotować jajko ,ale zapomniałam. Tak czy inaczej wystarczająco. Teraz popijam kawkę,to jakby ktoś coś to zapraszam do stolika
Hej, hej w środku tygodnia.
U mnie lato. Teraz 21 stopni, będzie ponad 30.
Dzisiaj okulista. Jestem za spokojna z nerwów.
Nic to, co ma być to będzie.
Ale dzień wczoraj, sama frajda.
Wyjazd w góry- dzieciaki były zachwycone, ja nie mniej. Czułam się jak pilot wycieczki, hehehe.
Byliśmy w moim ulubionym miejscu.
Zadanie domowe wykonane. Projekt Roanoke done. Tylko teraz papierologie wypełnić.
Najbardziej podziwiałam Malutką. Małe nóżki tyle się nachodziły.
Przeszliśmy dwa szlaki, każdy po 20 minut (z opisu). Nam zajęło 30 z przystankami, zdjęciami, co i tak jest wyczynem dla takiego malucha. Starsi to jak kozice.
Bez Malutkiej poszlibyśmy po kamieniach wzdłuż rzeki, trochę wspinania, trochę równowagi, ale z nią nie odważyłam się.
Największą frajdę były zawalone drzewo w poprzek szlaku, trzeba było się wspinać.
Natomiast kwintesencja parkway - punkty widokowe kompletnie nie znalazły zrozumienia. Bo co my będziemy tutaj robić...
Przekąska na krawężniku pozwoliła odnaleźć spokój.
Na koniec były lody, potrójne urodzinowe wyjście. Naprawdę dobre, jadłam ser kozi z borowka i jakieś z karmelem.
Malutka zjadła całego, praktycznie z waflem, zostawiła kawałek. Mały chce w waflu, ale nie lubi smaku, potem wyrzuca. Co zrobisz, jak inaczej się nie da, bo inni mają.
Ostatnie zdjęcie to widok na Roanoke Star, z lodziarni. Tam już się nie udało być.
Wyjechaliśmy przed 9, wróciliśmy po 14.
Po południu, po tańcach Małej jeszcze, ja padałam od nadmiaru tlenu, oni ganiali jeszcze na hulajnogach przez pół godziny. Malutka też. Poproszę o takie baterie, bo moje to już jak w telefonie, który zaczyna się przygotowywać do wymiany, hehehe
Fajne miejsce, tez bym się chętnie przeszła takim szlakiem.
Ps. Trzymam kciuki za wizytę u okulisty. Daj znać.
Znać dam na pewno, żeby ciśnienie strachu mi zeszło.
Dla mnie to najlepsza metoda - wygadać. Wtedy jakbym widziała problem z zewnątrz, jakby nie mój, gdy łatwiej jest oceniać cudze, pomaga mi oswoić, znaleźć wyjście i zebrać siły.
Najśmieszniejsze, że do rodziny się nie da.
Wtedy czuję strach za dwoje, bo ich problem również dotyczy.
O moich oczach wiedzą córka i mąż, bo muszę zdezorganizowac ich życie potrzebą opieki. Ale chyba wiedzą mniej, minimum.
W pracy podobnie, choć kazałam im się przygotować na dłużej- ale mam wrażenie, że nie dociera do nich skala problemu.
A to lekarze, którzy gdzieś musieli się zetknąć z chorobą w trakcie studiów, przed wyborem specjalizacji. To powinno zapalić im lampki kontrolne, samo hasło.
Rozumiem, wiem o czym "mówisz". Czasami najbliższym dawkujemy pewne informacje żeby nie dodawać stresów czy trosk. Tutaj...jak w studnię, czasem samo napisanie przemyśleń pomaga i jakby lżej...?
Dokładnie tak, jeszcze echem wraca w zupełnie innej formie.
Witam czwartkowo
Ło matko! Chyba uśpiłam swój zdrowy rozsądek. Ale jest szansa na poprawę - chociaż maleńką, bo zaczynam myśleć o ugotowaniu zupy. Jeszcze nie mam produktów (czytaj mięsa z indyka), ale chyba będzie to krupnik. Dawno nie jadłam kaszy. Tyle że zabiorę się za to dopiero w weekend. Póki co stawiam na zieleninę. Dziś będzie rukola, buraki, prażone migdały i feta.
Jak to czasami niewiele trzeba.
Dzień zleciał wczoraj bardzo szybko. Zakupów nie robiłam. Nie mam koncepcji. Nadal zero natchnienia do gotowania. Kupiłam kolejną porcję fasolki szparagowej i zjadłam z masłem i bułką. Potem wielka porcja lodów
Co przyniesie dzień? Początek był miły - kierowca autobusu otworzył mi drzwi widząc, że dobiegłam. Podziękowałam wychodząc a On tak serdecznie życzył mi wszystkiego dobrego, że aż mam ochotę się uśmiechać
Herbata z pigwą gotowa.
Ekkore, czekamy na wieści...
Dobrego dnia
O kurczę,omyłkowo dodałam wpis do wrześniowej kawiarenki
To chyba przez natłok myśli i brak przespanej nocy
I już czwartek, jutro koniec pracowego tygodnia.
U lekarza niby bez zmian, ale skoro są fale, operacja konieczna.
Termin 14 grudnia. Prosiłam o to, nie było przeciwskazań. Ale z ciekawości zapytałam o wcześniejszy termin. I tak nie było, to był jedyny dostępny w grudniu.
W znieczuleniu miejscowym. Nigdy nie miałam do poważnego zabiegu. Trochę się bojam.
Teraz tylko doczekać tego.
Chyba całą adrenalinę zużyłam za pierwszym razem. Teraz nie byłam kompletnie zmęczona po. I paradoksalnie po kroplach rozszerzajacych źrenice widziałam lepiej, mózg nie musiał decydować. Tyle, że światło bardzo bolało. Dostaje się nakładki pod okulary, ale są tak ciemne, że mimo ulgi nie odważyłam się jechać samochodem.
Jaki numer.
W niedzielę w kościele spotkałam doktora. Znaczy nasze oczy się spotkały, rozpoznalismy siebie, bez pewności, że się znamy. I wczoraj on zagadał o niedzieli.
I wyszło, że chodzimy na stałe do drugiego kościoła a tu byliśmy jednorazowo, on akurat na chrzciny.
Takie spotkanie, to się nazywa "opatrzność"
Za dwa miesiące odhaczysz kolejny, ważny, a raczej bardzo ważny temat i pewnie jak zwykle wszystko pójdzie "śpiewająco". Znieczulenie miejscowe mniej obciąża organizm więc z pewnością tak jest lepiej. Zakładam, że przed zabiegiem dostaniesz "głupiego Jasia" i stres będzie trochę mniejszy.
Przed znieczuleniem zostanę uśpiona na kilka sekund, wtedy mi dadzą znieczulenie miejscowe w oko. Mam być zmęczona po tym, jak worek kartofli, bez siły do ruszenia się.
Z przychodni okulistycznej wczoraj.
I cudaki ptasiaki w karmniku. Piekielnie szybkie.
Ale śliczny czubek na tej małej główce
Ja nie dekoruje, nie lubię straszydeł. Ale podziwiam za każdym razem inwencję u innych, aranżacje.
Podobnie jak ja. Halloween to nie moja bajka.Najpewniej dlatego,że nie wywodzi się z naszej tradycji,choć dawno temu obchodzili tzw Dziady. Wyglądało to z goła inaczej,ale to już inny temat. W każdym razie zdarzyło mi się raz ''helołinowo'' upiec ''Paluchy wiedźmy'' z naszej stronki ,ale to bardziej pod wygląd i smak. Gości zadziwiłam i co ciekawe każdy chciał spróbować. Oczywiście smakowały
Piątek, piąteczek, piąteluniek
Poranek pogodny. Super! Idealny początek dnia.
Dziś w planach małe zakupy na ryneczku koło domu. Nie lubię zdrobnień, ale trudno to miejsce nazwać rynkiem. Wczoraj posprzątałam w mieszkaniu więc dziś mam wolne popołudnie.
Dobrego dnia
Ja też nie lubię zdrobnień, o ile nie określają konkretnego rozmiaru, coś małego.
Mój mąż lubi.
Mówi piżamka, a ja mu na to, że w to się nie zmieści, jeżeli już powinien użyć piżamucha.
Teraz jest mania na zdrobnienia, wylewają się ze wszystkiego.
Oj jak ja się cieszę na piątek.
Choć weekend będzie intensywny. Wszystkiego po trochę.
Pojedziemy w góry, oglądać kolory jesieni, pies się wybiega. Zakupy, rosół w domu, wyjście żeby coś zjeść.
I weekend minie.
Pranie i sprzątanie poczeka do przyszłego tygodnia.
Witam sobotnio

Za oknem szaro i wilgotno. Nie wychodzę nigdzie, bo mi się nie chce. Będzie relaks. Pranie zrobione więc nie mam nic więcej i można poczuć luz
Na obiad będzie dziki łosoś. Kupiłam w Lidlu tuszę i pomyślałam, że upiekę w piekarniku. A póki co zaparzyłam kwiat rumianku z dodatkiem pigwy, miodu, goździków i imbiru. Częstujcie się.
Dobrego dnia
Wiecie, że już jesteśmy w drugiej połowie miesiąca, od wczoraj. Jak szybko to przeleciało.
W pracy bostonka. Tak mówi google. Choroba ust, stóp, dłoni. Nie wiem czy widziałam coś takiego w czasach moich dzieci.
Dzieciaki, na razie dwoje wyglądają jak pogryzione przez mrówki czy inne latające owady. Oboje mają na dłoniach i ustach/brodzie
Malutka bardzo delikatnie, Mały ledwie zginał kciuk, miał tak twardy i opuchnięty.
Poza tym nic więcej.
To jest bardzo zaraźliwe podobno.
I pewnie niezauwazane, brane za pogryzienie. Dzieciaki mówiły, że nie swędzi.
Jak mnie dopadnie to będę wiedziała, że nic mnie nie pogryzło.
Cichy poranek, córka i pies śpią, ja racze się kawą. Do tego pewnie deszczowy, przynajmniej według pogody, ale nie słychać i nie widać, bo ciemno. Do 9 ma się wszystko skończyć
Nim ruszymy nastawię rosół, będzie się pyrkal w samotności w wolnowarze, tylko makaron ugotować potem.
Resztę córka zabierze w słoikach.
Nawet kupiłam nowy wolnowar. Ja mam, ale relatywnie mały, jak ostatnio chciała rosół, jak wyjelysmy wszystko, to ledwie 2 słoiki jej zostały. Po konsumpcji na bieżąco oczywiście.
Od poniedziałku będę miała dwóch facetów na stanie, pracownicy gospodarczy moich pracodawców. Ja ich znam. U mnie też mają coś tam naprawiać, mam listę zrobioną, co by mogło wymagać atencji.
U mnue dwa pokoje są, druga pełna łazienka jest, damy radę.
Witam niedzielnie
Czas tak leci,że nie zdążyłam wczoraj wejść do kawiarenki. Ostatnie prace-koszenie trawy,sprzątanie wokół domu,w piwnicy.Jest tego.W tym tygodniu nie ma mocnych,muszę jechać posprzątać na cmentarzu,bo ma być ładna pogoda.Najpierw jednak pojadę z koleżanką ,która nie ma się czym dostać na grób męża i rodziców.Tzn jest autobus,ale na samo miejsce jest jeszcze ponad km,a iść z wiaderkiem,akcesoriami ,kwiatami i zniczami to nie bardzo.
Właśnie jestem w trakcie gotowania obiadu.Rosół już prawie gotowy,a na drugie zrazy,czerwona kapusta i albo ziemniaczki,albo kopytka albo kluski śląskie.To jeszcze do przedyskutowania. Tymczasem dopijam kawę i wracam do kuchni. Pozdrawiam
I przyszło zimno.
Chociaż nie czuję, bo w domu ciepło.
Cały kolejny tydzień z porankami 5 stopni i weekend zapowiada się jeszcze zimniejszy.
W dzień 20 i coś tam.
Znowu z szafą ubrań trzeba będzie chodzić. Cebula wraca do łask.
Byłyśmy z córką w górach, jak pięknie, choć mało jesiennie jeszcze. Ona to nie mój mąż, szybko miała dosyć. Po co wysiadać z samochodu, skoro te same góry. Myślałam, że pojedziemy dalej, ale miała dosyć.
Za dwa tygodnie przyjeżdża mąż, to sobie pojedziemy jeszcze raz. Trasę do końca, znaczy do początku, do pierwszego kilometra, do łączenia się z Shenandoah.
A potem obiad w niemieckiej restauracji (do której nie pojechaliśmy przez deszcz). Wszystko i tak zależne od pogody.
Ugotowałam rosół, znaczy sam się gotował jak nas nie było, jaki dobry. Z przypraw tylko sól. Nie miałam pieprzu w ziarnkach, a mielonego nie chciałam dawać, bo zaraz by krzyczała, że coś jej pływa. Znaczy miałam, po fakcie otworzylysmy młynek, zasypując pół kuchni ziarnami. Jeszcze dzisiaj znalazłam, a było kilka razy odkurzane, zamiatane.
Nowy garnek, slow cooker się sprawdził, córka zabierze chyba z 6 słoików. Jeden sobie, z marchewką zostawiłam.
Kilka zdjęć dla Was.
I jeszcze parę hotelowych widoków z Florydy, z mężowskiego posiedzenia komisji energetycznej. A mogłam z nim być. Choć nie mogłam, bo nie mam wolnego, a nie będę prosić o ekstra, muszę czekać aż sami mi dadzą. Za to za rok, jak oczy pozwolą, Oklahoma City. Kalifornie sobie daruję.
Wiecie, że zdjęcie z pierwszego postu jest dokładnie z tego samego odcinka Blue Ridge Parkway, z listopada zeszłego roku.
Ale luksusowy hotel! Mimo wszystko wygrywają widoki natury. Ech, ta przestrzeń! Pięknie! Kolory jesieni, moim zdaniem już są wyraźne. W takie miejsca chce się wracać. Z pewnością, jak pójdziesz z mężem będzie jeszcze bardziej kolorowo. Ta pora roku jest taka zmienna.
Dzięki za fotki
Będzie bardziej kolorowo albo już zimowo buro.
Dwa dni temperatur blisko zera może zwarzyc kolory. I przyszły weekend znowu spadek .
Ale i tak będzie pięknie i dużo więcej widoków, których liście nie zasłaniają.
Jak będzie, tak będzie, góry zawsze piękne, nawet jak widziane enty raz.
Ale widoki ,aż dech zapiera. Wspaniałe. A czemu sobie podarujesz Kalifornię?
No cóż jeszcze trochę czasu jest,choć ja bardzo nie lubię robić nic na ostatnią chwilę.
U nas też zimno. Dziś pada i jest 7 stopni. Wczoraj natomiast pogoda była bardzo ładna. Słonecznie,spokojnie,taka ciepła jesień. Miałam jechac na cmentarz i znów zonk
Bo ja mam 2 tygodnie urlopu tylko.
Płatnego i dostępnego w moim terminie.
W ciągu roku mam więcej- płatny, gdy oni jadą na wakacje - ale to w ich terminie na ostatnią minutę oraz bezpłatny, gdy mi dadzą lub poproszę. Bo sytuacja tego wymaga.
Jako, że głównie plażowanie średnio mnie interesuje, to wolę Oklahome.
Drugi tydzień na nasz wspólny, wakacyjny wyjazd. Na razie bez planu, bo może chrześnica przyleci, a to jej prezent na 18 tke ode mnie będzie.
I już poniedziałek, zobaczymy co tam słychać. Intensywny dzień- zajęcia muzyczne, gimnastyka, chór- każdy coś ma a to ponadv3 godziny z dnia dla mnie plus dojazdy, po 15 minut w jedną stronę.
Dzień przeleci jak z bicza strzelił.
Córka pojechała.
Niedziela była leniwym dniem, bo muzeum otwierali dopiero o 13. Dobrze, że sprawdziłam wcześniej. Będzie na następny raz.
Mam tydzień z dwoma facetami pod dachem.
Damy radę, może coś zrobią i u mnie, lista nie jest długa. Najważniejsze światło, bo główna lampa nie działa, ca ja mam na cały pokój tylko podświetlenie kominka - duża lampa halogenowa, skierowana na kamienie.
Mam lampy, ale to i tak nie daje mi światła, którego bym potrzebowała.
Spadam myśleć co bym zjadła na śniadanie.
Witam wtorkowo.
Poniedziałek należał, do tych bardzo trudnych. Ok. 3 nad ranem byłam u rodziców, bo tato źle się czuł...(długo by pisać). Ostatecznie o godz. 15-ej pojechał do szpitala. Wieczorem telefon, że przenoszą tatę na OIOM. Pojechałam porozmawiać z lekarze. Serce słabe, brzuch wygląda na ostry, ale najpierw trzeba ustabilizować oddech i dziś mają zrobić tomografię. Kontaktu z tatą nie ma, bo jest intubowany i podawane są środki nasenne i zwiotczające żeby trochę ustabilizować organizm. Reszty być może dowiem się dziś popołudniu, jak już będzie po badaniach. Mam się kontaktować między 16.00 a 19.00. A póki co przyszłam do pracy, bo i tak nic nie mogę pomóc. Pojadę po pracy do mamy. Połówek chce przyjechać, ale powiedziałam, że nie ma sensu żeby teraz jechał gdy nic nie wiadomo. Trzeba czekać na decyzje od lekarzy.
Obudziłam się o 3-ej i koniec spania. Człowiek sobie tłumaczy, ale emocje są silniejsze.
Za oknem szary, ponury dzień. Ogrzewanie w pracy "ruszyło". Oby nie padało.
Dobrego dnia.
Ojej Smakosiu masz stres teraz duży,ale pociesz się tym,że Tato jest pod dobrą opieką. Wiem jak to jest i jak to strasznie brzmi,ale zrobią wszystko ,żeby Mu pomóc. Ufam,że będzie wszystko dobrze. Trzymaj się razem z Mamą. Pozdrawiam z całego
Smakosiu trzymam kciuki za ustabilizowanie.
Żeby było wiadomo co jest. I skuteczne leczenie.
Trzymaj się dziewczyno, choć nie jest łatwo.
Poniedziałek przeleciał, nie tak stresująco jak u Smakosi, ale szybko.
Miałam dwójkę w domu i bieganie (jeżdżenie) pomiędzy zajęciami.
Poranki zimne, szczepiące przymrozkiem. A w dzień powyżej 20 stopni i krótki rękaw.
I tak cały tydzień będzie.
Pracownicy, a dokladnie jeden, Jesus (bo jego pomocnik to mało robotny jest. Śpi do prawie 7, wczoraj wstał nim wyszłam, a dzisiaj cisza. Gdy Jesus pojechał przed 6 rano, bo robota sama się nie zrobi). Wczoraj odbudowali piaskownice tarasem z barierkami, dzisiaj mają kończyć schodki do zejścia do niej. Teraz to taki domek na drzewie z piaskiem się zrobił.
A raczej domek na skarpie, dzieciaki będą miały łatwe dojście, miejsce na buty czy nawet jakiś stolik.
Pójdziemy z Malutką podziwiać (znaczy ja, bo oni to już wieczorem widzieli).
Naprawdę super pracownik, złota rączka od wszystkiego.
Pora w drogę, samo się nie pójdzie.
Witam środowo
Wczoraj miałam się kontaktować z lekarzem o godz. 16-ej żeby się dowiedzieć co wykazał tomograf. Okazało się, że w poniedziałek, gdy byłam o 19-ej w szpitalu, to tego dnia o 22-ej zdecydowali, że muszą Tatę natychmiast operować. W sumie, jak teraz myślę, to dobrze, że nic nie wiedziałam (do wczoraj), bo pewnie stres by mnie "zjadł" a teraz już pozostaje czekać jak poradzi sobie organizm. Nadal Tato jest podłączony do respiratora, dodali wspomagająco sztuczną nerkę i chcą żeby tak pozostał przez kilka dni. Potem będą stopniowo wybudzać i monitorować. Brzuch był cięty. Teraz odżywianie dożylne. Dziś idę do szpitala i może dowiem się coś więcej.
Cały czas wierzę, że Tato jest silny i sobie poradzi, mimo tych 81 lat i mimo ciężkiego stanu.
Ps. Dziękuję za dobre słowo...
Dobrego dnia
Wszystko w rękach Opatrzności. Będzie dobrze,zwłaszcza,że Tato to silny człowiek. Mój ma 79 lat a w maju okrągła 80-tka Mimo cukrzycy,choroby wieńcowej to też wyjątkowo silny facet. Zobaczysz, już niedługo będziecie traktować to jako przykre wspomnienie. Najważniejsze to szybkie dostanie się do szpitala,trafna diagnoza i odpowiednie leczenie. To priorytet, Pamiętam jak mój Tato dostał zawału ,na szczęście stało się to w gabinecie lekarskim podczas robienia EKG. Źle się czuł choć nie aż tak by pomyśleć,że to może być coś groźnego.Dr go reanimował do czasu aż przyleciał helikopter i zabrał go prosto do Ochojca.To były minuty,minuty ,które dosłownie uratowały mu życie.Od tego czasu mija 22 lata. Zmienił nawyki żywieniowe-wtedy też wyszło,że ma cukrzycę. No tak ,podstępne choróbsko. Tak czy inaczej Smakosiu,uszy do góry ,co najgorsze za Wami i tego się trzymaj. Pozdróweczka i zdróweczka dla Was Wszystkich Życzę.
Krzepiące słowa...ważne i mądre. Mocne uściski.
Smakosiu powtórzę trzymaj się, wspieraj mamę.
Mimo powagi sytuacji jeżeli wiadomo co jest grane i są szybkie działania to zawsze lepiej niż gdybanie.
100% racji. Mama twierdzi, że jest silna dzięki mojej "energii". Wie, że jestem i robię to, co tylko mogę. Połówek czeka na moje hasło i to też dodaje sił, bo wiem, że w razie czego jest kolejna pomoc.
Środek tygodnia.
Zimne poranki, lato w dzień.
Wczoraj w pracy katastrofa.
Ci co robili remont źle dokręcili rury pod zlewem. Ile się lało nikt nie wie.
Ja usłyszałam kapanie wody (dzięki za metalowego zająca, że krople spadały też na niego, bo na ciuchy w materiałowym koszu nic nie byłoby słychać), gdy byłam w piwnicy otworzyć drzwi dla ekipy, żeby swobodnie korzystali z łazienki. Lało się z sufitu. Podstawiłam gar i pudło, poscieralam wodę. Zawołałam Jesusa, jak dobrze, że byli, bo strat mogło być dużo więcej- ten od razu ustalił gdzie się leje, naprawił.
A tak odnośnie Jesusa, zobaczcie jaki to utalentowany człowiek, ze zmysłem inzynieryjnym.
Piaskownice z dachem budował kto inny, on robił taras dookoła, barierki od podstaw oraz schody. W trudnym górskim terenie, z wyrównywaniem go.
Jak będę miała coś do zrobienia w domu, to tylko on.
Teraz dzieciaki mogą party robić, hehehe.
Fajnie przemyślana przestrzeń. Raj dla dzieci
My też miałyśmy z Mamą akcję związaną z dużą ilością wody. W dniu, gdy zabrali Tatę do szpitala zdecydowałam, że muszę wyprać pościel po tej całej "akcji". Po jakimś czasie idąc z doniczką nagle poczułam, że nogi mi się rozjeżdżają. Ile wykonałam ruchów "ratunkowych" żeby złapać równowagę, to nawet nie wiem, ale pamiętam że już prawie leżałam więc rzuciłam doniczkę z kwiatkiem by uwolnić rękę i jakimś cudem ponownie stanęłam na nogach. Okazało się, że wąż od pralki wysunął się z wanny a raczej ja go przez nieuwagę przesunęłam kładąc zestaw prania. U mnie wąż od wody jest w ścianie więc nie mam nawyku sprawdzania czy wszystko jest OK. No i 9 litrów wody z detergentem popłynęło przez łazienkę na cały przedpokój. Jeszcze ta rozsypana ziemia dodatkowo zrobiła nam błoto. Ale ostatecznie cieszyłam się i dziękowałam Bogu, że jestem cała i nic gorszego się nie wydarzyło.
No właśnie,błotko można posprzątać,grunt ,że głowa i nogi całe,bo przecież różnie mogłoby się to skończyć..
Teraz będzie raj. Wreszcie można będzie schodzić normalnie, miejsce na buty.
Malutka się bała, ja trochę też, że jak stracę równowagę to zjedziemy obie pod moim ciężarem. Buty zostawione w piasku źle się ubierały, czasami trzeba było je wykopać, na skarpie pełnej korzeni, patyczków i żołędzie ciężko było utrzymać równowagę.
Mieli piaskownice od wczesnej wiosny chyba (jak nie zimowej pory, nie pamiętam), ale po pierwszych dniach nie chcieli więcej chodzić, nie dawali się namówić. Teraz renesans.
I super.
Super to wyglada,bardzo fajnie rozplanowane.
Witam czwartkowo
Na obiad robię dziś Gyrosa jak z knajpy,do tego ziemniaki i surówka z czerwonej kapusty. Poza tym czas na kubek gorącej herbaty z imbirem ,by przeziębienie nie dopadło. Napije się ktoś? Pozdrawiam i życzę zdrowia Wszystkim,zwłaszcza Tacie Smakosi. Tymczasem..
I deszczowo. Wczoraj była taka piękna pogoda i to na 20 stopni! Wykorzystałam ten dzień na porządki przy i na grobach. Ludzi było bardzo dużo. Wychodząc natknęłam się na koleżankę której dawno nie widziałam. Porozmawiałyśmy trochę i pędem do domu,a tam niespodzianka. Na tarasie leżał karton z grzybami i dynie ozdobne. Prezent od brata. Wspomniałam ostatnio w luźnej rozmowie,że chętnie przyjęłabym grzybki,gdyby ktoś mi uzbierał,bo ja się nie znam i proszę,a,że mój brat ma las pod ''nosem'' chętnie chodzi jak znajdzie chwilkę czasu. Zrobiłam na kolację jajecznicę z kozakami,nie mogliśmy się najeść. Dziś rano też,a reszta do zamrażalnika. Ale się rozpadało teraz,leje jak z cebra i podobno ma burza być,aż się zdziwiłam
Witam czwartkowo
U mnie jesień w pełni, ale niestety nie ta złota. Za oknem pada, pada, pada...deszcz.Mam tylko nadzieję, że przestanie, gdy będę wychodziła z pracy.
Byłam wczoraj u Taty i porozmawiać z lekarzem. Nadal ciężki stan, ale stabilny. Chirurg stwierdził, że po pierwszej dobie nie widzi nic niepokojącego. Trzeba czekać, trzeba dać czas. Dziś też pójdę.
Przysiądę się do tej gorącej herbaty z imbirem. W taki dzień, to jak znalazł.
Miłego czwartku
Dawaj znać na bieżąco co słychać
Mam światło w pokoju. Teraz z polmroku mam salę operacyjną. Być może nie jest aż tak jasno, ale po tej ciemnicy wydaje się aż za.
Mam tych dwóch facetów.
Pracują bardzo długo.
Ale jedzenie to problem.
Karmię ich, czasami nie chcą jeść, ja zostaję z tym wszystkim.
Byli kilka razy na zakupach nawet, ale poza jakimś fast foodem na bieżąco, nie kupili niczego innego.
Trochę to denerwujące, ale nie mogę patrzeć, jak pracując od 6 do 9 wieczór nie dać im zjeść, jak mam.
Druga sprawa to zachowanie- zazwyczaj jak wracają, ja idę spać- głośno gadają, muzyka, jakby byli sami w domu.
Wczoraj moje światło robili chyba do 23 (po całym dniu kopania okopow w górskiej ziemi).
Nic im nie powiem, dom pracodawców, robią naprawdę dobrą robotę. Ale czuję się jak z niewygodnymi współlokatorami w akademiku.
Przynajmniej się wygadałam.
Kupiłam im wczoraj chleb, z wyglądu bułka wrocławska, naprawdę dobra, próbowałam.
Malutka nie jest jadkiem, bardzo wybiórcza. Nie zmusisz jej, żeby coś zjadła. Jak jest głodna to jest zła, a jak jest zła to bardziej nie chce jeść. żyje na krakersach i herbatnikach.
I zrobiłam jej kromkę z masłem. Jadła aż jej się uszy trzęsły. Zjadła 3 kromki, czwartą zostawiła w połowie. Sprzątnęłam, za jakieś 15 minut pytanie, gdzie jest moja kanapka...
Muszę ją dzisiaj też zabrać do siebie, bo mi za dużo pieczywa zostaje. Oni wyjeżdżają na noc, pracownik Jesusa, len ogromny, chce do domu.
Jak zrobią wszystko tutaj, u mnie też jest kilka rzeczy, to wyjadą może o północy.
Smakosiu jakie wieści z wczoraj? Jak tata?
Goście byli, pojechali wczoraj o 23. Czekałam, bo nie zostawię otwartych drzwi do domu na noc.
Wyściskali mnie na odchodne.
Miłe.
Jutro pranie i sprzątanie.
Mam ochotę na zapiekankę z dyni. Tyle, że zapomniałam o gruszkach, a takie prosto ze sklepu będą niedojrzałe.
Ale może zrobię tylko plastry z airfryer, muszę znaleźć przepis (czas pieczenia. Bo reszta się myśli w głowie na podstawie obrazka z FB), posmarowane czymś ostrym i obłożone serem pleśniowym.
Zastanawiam się czy nie zapakować Malutkiej do samochodu i nie pojechać na moje zakupy. Ale muszę moim na myjnię, a jak będę miała wszystko to jutro nie będzie mi się chciało ruszyć.
Piątek, piąteczek, piąteluniek
W głowie milion myśli... Nadal stan bardzo ciężki. Kiedy zapytałam czy można mieć chociaż iskierkę nadziei, to usłyszałam, że na ten temat jeszcze trudno rozmawiać. Antybiotyk wdrożony, ale czy zadziała...? Reszta bez zmian.
Dziś też pójdę.
Dobrego dnia
Trzeba być zawsze dobrej myśli,nawet jakby było bardzo źle. Wiem,że łatwo się mówi,ale tak sobie trzeba tłumaczyć,bo dobre myśli przyciągają dobre rzeczy,sama zresztą wiesz. Myślami jestem z Wami,bo wiem jakie to trudne. Trzymajcie się mocno będąc wspólnie dla siebie wsparciem. To najlepsze dla Waszego Taty. Zdrówka